wtorek, 30 września 2014

Od Alicji

Minął miesiąc.
Siedziałam na łóżku w swoim pokoju wtulając się w mojego kocura. Mruczał jak zwykle głośno, a ja zamiast zejść lub cokolwiek pomóc, leżałam brzuchem do góry.
Zawsze pomagałam w domu. Pani Holland pracowała ciężko, a ja zwykle jej pomagałam. Dobrze się razem bawiłyśmy. Z moją babcią też nie spędziłam za dużo czasu. Kolejna rzecz którą muszę wykonać. Nazbierało się ich trochę.
Dziś wieczorem zjawią się zombi. Dziś moi przyjaciele idą na śmierć, by bronić ludzi. Mnie,Revee,moją babcię, samych siebie. A nawet świat chcą obronić przed atakami tych okropnych istot. A ja leżę. Ja śpię. Ja zapadam w tak cudowny sen...
Musze im pomóc.
Mój duch zaczął się wyrywać. Wychodził ze mnie bardzo powoli. Nie umiałam tego opanować. Niestety, moja duszyczka, mała część mnie zdołała być tak silna i wyskoczyć na powierzchnię. Wkroczyć w ten inny ciemniejszy świat. Chce otaczać się wśród swoich... Chce widzieć demony,te złe duchy, no i te dobre. Chce iść na pewną śmierć. Nie umie zasnąć. Nie może.
Ale ja mogę.

Mój duch dokładnie o dwudziestej drugiej wyszedł z ciała. Uśpił mnie po prostu. Zasnęłam, wcale tego nie chciałam. Kiedy zjawiłam się w ciemnym i przerażającym lesie... poczułam strach. Nie byłam tą samą dziewczyną, tą, kiedy bez problemu biegłam w wir walki i rozwalałam gnijące ciała zombi. Teraz... jestem sama. Czuję, że coś na mnie patrzy. Miliony oczu, miliardy... Smród rozkładu... słabszy, ale go czuję.
Dziś była dosyć ważna walka. Dużo zombi walczyło, więcej niż zwykle. Moi przyjaciele padali, powstawali jako zombi, albo umierali. Wygrywali, albo nie dawali rady i przegrywali.
Widziałam co się dzieje.
Dużo duchów pojawiało się co minutę i walczyło bezinteresownie wbiegając w wir walki. Chcieli pomóc. Chociaż pierwszy raz ich widziałam na oczy, a wiedziałabym, gdyby ktoś doszedł.
Tak zimno...
Okropnie zimno...
Czuję chłód...
 Nagle coś zaczęło na mnie biec. Drugie coś skakało po drzewach, jedno po drugim. Skrzeczało i warczało tak jak pierwsze coś. To zombi. Chcą mnie zaatakować.
 Ruszyłam przed siebie. Uciekałam jak najdalej od tego miejsca. Strach wziął górę. Teraz jestem tą słabszą Alicją. Nie radzę sobie z niczym. Ze strachem... także.
Nie jestem tą twardzielką,złośnicą... Jestem sobą.
 Uciekałam. Widziałam miliony duchów. Biegli do moich przyjaciół. Pomagać.
 Wpadłam na kogoś. Innego ducha. Krzyczałam, szarpałam się i waliłam pięściami jak o wysoki mur.
-Alicja?-Usłyszałam znajomy głos. Potem drugi. -Alicja, wszystko w porządku?
Podniosłam wzrok i ujrzałam Bronxa i Asha. Nie mogłam uwierzyć. Co robił tu Ash?
Kiedy usłyszałam okropny dźwięk łamanych kości i przerażający krzyk zombi wyrwałam się z mocnego uścisku któregoś z nich i ruszyłam przed siebie. Słyszałam ich nawoływania, ale ja biegłam.
Ludzkim tempem.
Byłam teraz duchem człowieka.
Tym bezradnym
Przerażonym do granic możliwości.
Jedno z zombi wpadło na mnie. Zaczęło kłapać zębiskami przed moją twarzą dosyć szybko. Ciemne duchy zbliżały się do mnie, chciały pomóc zombi.
One tylko chciały mnie ugryźć.
Szarpałam się, byłam tak słaba... Nie mogłam odepchnąć zombi.
-Pomocy!!!Bronx! Sasha! Cole! Szron! Ash! Diana!
Nikt się nie zjawił.
Byłam sama.
Poczułam okropny przeszywający ból.
Zasnęłam krzycząc.

 Obudziłam się w sali treningowej. Jak to...?
-Alicja...-Usłyszałam szept Bronxa.
-Ali!-Krzyknęła przerażona Kat. -Boże... ALI! Wyjdziesz z tego.... wyjdziesz... prawda...?-Mamrotała bez przerwy.
-Nie wiem...-Wyszeptał pan Ankh.
-Jak to pan nie wie?!~
-Kto z nią był?-Spytał Ankh.
-Ja.-Podniósł rękę Bronx a Ash lekko się wysunął nie odrywając wzroku od okropnej rany na brzuchu która powoli zaczęła gnić i wpuszczając ze mnie substancję... która mnie piekła,bolała,swędziała.
-Pomocy...-Szepnęłam.

 Po kilku godzinach nikt nie zniknął z sali treningowej. Przysłuchiwałam się rozmowie... Bronxa i Asha.
-Po co mnie tam sprowadziłeś?-Spytał Ash.
-Potrzebowaliśmy pomocy. Nie wiadomo gdzie zombi dziś się zjawiły. Były w mieście. Nie wiadomo ile osób ucierpiało.
-Co z Adą?!
-Wysłałem tam Dianę, ona doskonale wiedziała jak ma ją pilnować.
-Jest tu ta Diana?
-Może jest w szatni.
-Nic ci nie jest?-Spytał Ash.
Poczułam ciepły dotyk.
Zamknęłam oczy by nie doszło do kontaktu wzrokowego. Nie może zaistnieć żadna wizja. Wiem, że kiedy spojrzymy sobie  w oczy, wizja powróci. Inna, nowsza.
-Nie...-Powiedziałam ochrypłym głosem.
-Przepraszam, że nie zatrzymałem cię... ale Bronx kazał mi iść dalej...
-Nie przepraszaj. Rób co do ciebie należy.-Poklepałam go po ramieniu wymacując miejsce.
-Przep...
Straciłam przytomność...

Od Asha

Alicja mnie unikała, zombi atakowało coraz częściej a Ada... wydawała się jakaś inna.
Dziś sobota. Pojechałem do niej z rana. Zapukałem do drzwi lecz nikt mi nie otworzył. Nawet nie słyszałem szczekania Mike'ja (Mike to pies Ady, mały latrelek). Coś było nie tak. Zapukałem jeszcze raz. Znowu to samo. Nagle zobaczyłem mamę Ady. Wracala ze spaceru z Mike.
-Witaj Ash.-powiedziała calując mnie w policzek na przywitanie.
-Wie mama gdzie jest Ada?
Mówiłem do niej mamo... mi tak pasowało a ona sama tak chciała. Zresztą... byłem z Adą już sporo i kochaliśmy się.. planujemy nawet iśçna studia do tego samego miasta... a nawet chcielibyśmy spędzić ze sobą reszte życia... więc tak było łatwiej.
-Śpi... pewnie nie slyszała jak pukasz. Wejdź.
Wszedłem do środka i skierowałem się do pokoju ukochanej. Jednak już nie stała. Siedziała na łóżku i słuchała muzyki przez sluchawki
-O Ash... nie słyszałam cię.
-Nie szkodzi.
Pocałowałem ją poczym usiadłem obok.
-Może coś obejżymy?
-Hmmm... a czemu nie?
Włączyliśmy film na laptopie i ogladaliśmy wtuleni w siebie. Mama Ady przyniosła nam popcorn. Mił minął nam czas.

***

Wieczorem pożegnaliśmy się i pojechałe do domu. Po drodze poczułem ten zapach. I nagle wszystko wróciło....

Jechałem ulicá dosyć szybko. Śpieszył mi się troche. Słuchałem dosyć głośno muzyki. Basy dudniły. Jednak usłyszałem to. Te krzyk zadudnił mi w głwie. Gwałtownie zachamowałem. Na szczęście ulica była pusta. Wsłuchałem się .... znowu ten krzyk. Już byłem w duchowej postaci. Przeniosłem się tan. Zobaczyłem ją.. jej dusza właśnie odeszła a trzy potwory stały obok. Walka... "trupy"... przegrałem...

czwartek, 25 września 2014

Od Alicji

 Leżałam na łóżku rozmyślając o Animie. No tak, nie wiecie co to? Spróbuję wam to wyjaśnić... Jak tylko mi się uda.
 Anima to niebezpieczna grupa ludzi którzy nie zabijają zombi, ale je łapią, a następnie eksperymentują. Wstrzykują krew ludzi, a człowiekowi krew zombi. Anima jest dosyć chora, to szaleni naukowcy, mogłabym to tak określić. Wiem, że nie opowiedziałam o nich od razu, ale lepiej późno niż w cale. 
 Dopiero teraz mogłam sobie o nich przypomnieć, bo są nie także wrogami zombi, ale także wrogami Zabójców. Anima ma swoją siedzibę w Australii, więc co dziwniejsze... jak oni zjawili się tutaj, w Forks? Przecież nie mają zbyt dużo czasu na takie podróże, aczkolwiek mogą sobie pozwolić na miliony takich wycieczek po świecie, ponieważ wiele osób płaci za antidotum czy nawet za próbki zombicznej mazi która po wstrzyknięciu przemienia w gnijącą istotę która chce tylko i wyłącznie zabijać. Chce unicestwić duszę. Anima chce także zapobiec rozwoju zabójców, a chce rozwijać zombi. Tak, są chorzy. Ale jest nas więcej, zabójcy bez problemu zabiliby Animę... Ale oni mają więcej broni która może nas tak samo unicestwić lub osłabić naszego ducha. Jak wiadomo - bez ducha jesteśmy niczym. Duch to nasze uczucia,miłość,przyjaźń,uczciwość, a nawet złość i inne, te najgorsze cechy. 
 Ci co odchodzą z Animy, odchodzą na zawsze jeśli nie uda im się uciec. A jeśli byli pracownicy Animy uciekną... Będą ścigani przez całe życie. Jednak nie zdarzyło się jeszcze by ktoś uciekł i nie został znaleziony i zgładzony. Znam tylko jedną osobę, która była w Animie. Jest to Flynn Rider, jeden z najlepszych zabójców jakich mamy. Został siłą ściągnięty do Animy cztery lata temu i tylko kilka miesięcy wytrzymał z tą okropną grupą szalonych naukowców. Ale przez to co mu robili, został twardym gościem który właśnie przyjechał do nas z Francji. Nikt nigdy nie widział jak podrywał dziewczynę, tylko widziano go roześmianego z kumplami, czy też jego kamienną twarz kiedy ćwiczył i walczył. Jest tym najlepszym, tym na pierwszej liście najlepszych zabójców. Francja przysłała go tutaj, by on (nie udało mi się poznać jego imienia. Zna je tylko Bronx) uczył nas jak walczyć, coraz lepiej się ruszać i w ogóle. Dziewczyny mówią o nim jakby był bogiem seksu, niczym Szron. Jednak o Szronie przestały mówić, kiedy Kat została jego dziewczyną. Nie pisnęły słowa o Szronie i Kat, teraz tylko w centrum uwagi jest i będzie Pan Nieznajomy. 
 Wydaje się być tajemniczy, perfekcyjnym w walce no i nie pozwoli sobie podskoczyć. Żadna dziewczyna do niego nie podchodzi, ponieważ każda się wstydzi czy coś. Ja mam go głęboko gdzieś, przecież nie jestem taka jak inne dziewczyny. 
 Żaden facet nie zwrócił mojej uwagi. Nawet poprzez wizję. Nawet mój duch ma coś przeciwko, jeśli w wizji zaczęłam obściskiwać się z Ashem. Czyżby coś było z nim nie tak, że mój duch wystraszył się i zakończył wizję? Czy druga ja pierwszy raz w życiu przestraszyła się czegokolwiek, a nawet nic nie znaczącej wizji?
Jest znacząca. Ona się spełni, wiesz o tym.
Odezwała się moja siostra...Moja Emma... Stanęła przede mną. 
Będąc zabójcą mogę widzieć zmarłych, jeśli tylko zechcę. Ale... To może być jedna osoba, którą sobie wybiorę. Z tych wszystkich osób które zmarły na moich oczach wybrałam Emmę. Moją dwunastoletnią siostrę. Zna się na sprawach zombi, może szpiegować Animę, kogo chcę. Jednak moja siostra jest tylko do rozmowy, do szczerej rozmowy. Tylko ją mam, tylko jej mogę wszystko powiedzieć. Ale nie mogę jej przytulić. 
-Jesteś...-Szepnęłam wpatrując się w nią.
-Mówiłam ci, że jeśli będziesz mnie potrzebowała, przyjdę.-Uśmiechnęła się i wyciągnęła do mnie rękę. Tylko koło mnie usiadła, a następnie położyła się wtulając w moją szyję. Czułam tylko coś zimnego. Jakby zimny dotyk... Ale ważne jest to że tu była, widzę ją.
-Ta wizja... Nie chcę, by się sprawdziła. Nie chcę mieć nic wspólnego z Ashem.
-Wiem o tym. Ale ty także jesteś świadoma tego, że te wizje się sprawdzają. Po niedługim czy też długim czasie...
-Mogę je powstrzymać, Em.
-Nie. To los decyduje kiedy,jak i gdzie wizja ma się spełnić. 
-Nie chcę.-Jęknęłam zdesperowana.
Pogładziła mnie po policzku i westchnęła.
-Wiem,wiem... Moja Ali...-Szepnęła.
-Na ile przyszłaś?
-Nie mam dużo czasu. Zjawiłam się, bo chciałaś... Ale mam dla ciebie wiadomość.
Spojrzałam na nią pytająco odwracając się, a ona wstała i zaczęła krzątać się po pokoju niespokojnie. 
-Twój duch nie może się przebudzić. To znaczy, że umiera.
-Co mam robić?
-Na razie jest w śpiączce... tak mogę to wyjaśnić. Ali... Twój duch jest silny.Masz odpoczywać trzy miesiące, więc duch poszedł... ''spać''...
Kiwnęłam głową.
-Czyli nie wiadomo czy po tym odpoczynku będę mogła wykonywać to co mam robić? Przestanę być zabójcą? Mój duch przemieni się w zwykłą duszę? 
-Tak.-Kiwnęła głową.-Musisz przestać robić to, co musisz robić. To cię zabije. 
-Ale taka jest moja natura...!
-Taka się urodziłaś, wiem. Ale doskonale wiesz o tym, że możesz przestać. Więc radzę ci przestać. Niech twój duch śpi. Może coś się zmieni.
-Ale mogę ćwiczyć?
-Tak. Jeszcze jesteś zabójcą.
-Musisz iść?-Spytałam po chwilowej ciszy.
-Tak.-Kiwnęła głową.
Pożegnałam się z nią a ona zniknęła.

 Przez dwa tygodnie unikałam skutecznie Asha. Nie chciałam z nim rozmawiać po tej całej wizji no i po tej całej jego wymiany zdań na mój temat. Chciałam uniknąć nieprzyjemnych spojrzeń i w ogóle.
 Poza tym miałam dość kłopotów ze sobą, więc po co mam się denerwować niepotrzebnie? Stałam na parkingu czekając aż przyjedzie Kat ze Szronem i swoją bandą. Bronx nadal miał mnie na oku. Nowy chłopak zjawił się w tym samym czasie co Bronx i reszta. Jednak tylko rozmawiał z Bronxem na temat treningów i ataku zombi. Czy znów ma nastąpić atak?
-Ali - Kat podbiegła do mnie i przytuliła mnie. - Długo na mnie czekasz?
-Nie, chwilę.-Powiedziałam obserwując zabójców przemierzających parking.
-Straszne mięśniaki co?-Szepnęła Revee skradając się za moimi plecami.
-Och! Cześć!-Krzyknęła Kat.
-Jak na badaniach?-Spytała Revee.
Wiedziałyśmy o tym tylko my dwie, że Kat ma problemy z sercem. Szron nie ma o niczym pojęcia, Kat boi się, że nie chce być z życiową kaleką, jak to ujęła Kat. Chociaż Szron wydaje mi się zupełnie inny, ma inne podejście do tego.
 Kiedy Kat opowiadała o badaniach, ja obserwowałam zabójców którzy teraz wchodzili do szkoły. Wow, rzeczywiście mają czym się chwalić. Ich ciało jest takie doskonałe. Przecież to zabójcy... Są silniejsi od zwykłego faceta - człowieka. Są zwinni,no i tak cudownie umięśnieni...
 Nawet nie zauważyłam, kiedy pod szkołę podjechał Ash. Ada już dawno siedziała w szkole, a na zewnątrz świeciło słońce. Dziwne, że siedzi w szkole kiedy pół szkoły siedzi na parkingu.
 Ash zastanawiał się chwilę, czy iść do mnie, czy po prostu wejść do szkoły. Podszedł więc do mnie, a ja zanim przemyślałam drogę ucieczki, on już stał przede mną.
-Przepraszam Ali...
-Nie mów tak do mnie.
-Alicjo... Przepraszam, nie wiem co we mnie wstąpiło... ja n...
-Przestań.-Szepnęłam.-Przestań.-Powiedziałam głośniej próbując go powstrzymać. Ale on mówił dalej.-Idź do Ady, siedzi w szkole. Chyba sama. Idź do niej a nie tracisz czas na kogoś takiego jak ja.
Wzruszył ramionami i z lekkim uśmiechem zatrzymał mnie zrezygnowany.
-Co cię obchodzi to, że mnie uraziłeś?
-Bo nie chcę mieć wrogów, a na dodatek uraziłem cię.. Nie chciałem...
Parsknęłam i spojrzałam się w inną stronę. Szukałam drogi ucieczki z tej rozmowy.
-Przepraszam.
-Możesz iść. Albo ja pójdę.
On tylko przepraszał. Znów. Dla mnie nie miało to znaczenia. Uraził mnie. Trafił w mój czuły punkt. Śmierć moich bliskich...
-Musze iść.-Wymamrotałam co mi się nawinęło i odeszłam pośpiesznie do szkoły ukrywając się przez najbliższe godziny.

poniedziałek, 22 września 2014

Od Alicji

 Opierałam się o maskę mojego volvo patrząc na swoje czarne nowiutkie trampki. Nigdy nie miałam innych butów, no... Nie licząc takich okropnie zimnych zim które są silniejsze ode mnie, sprawiają, że muszę założyć jakieś zimowe buty, kiedy śnieg jest prawie do kolan. Jednak na razie jest październik... dzięki Bogu! 
 Revee przydreptała do mnie od razu po lekcjach, musiałam czekać na nią godzinę. Plus był taki, że chociaż mogłam posiedzieć w spokoju bez trajkoczącej, kochanej przyjaciółki nad uchem choć godzinę, bo w domu to jest nie możliwe. 
 Revee nie przyszła sama, tylko z Adą. Ta uśmiechnęła się śmiało i podała mi rękę przedstawiając się. Revee tylko spiorunowała mnie wzrokiem, bym była miła, a ja tylko zesztywniałam podając jej powoli rękę. Patrzeć uczciwej dziewczynie w oczy, dziewczynie która jest ze swoim chłopakiem tak szczęśliwa... A my dostaliśmy takiej wizji na dodatek razem... Ja i Ash... 
Otrząsnęłam się i spuściłam wzrok. Nie wiedziałam gdzie go mogę podziać. Było mi naprawdę głupio. Dobrze, że nic o tym nie wie i się nie dowie... prawda...?
 Mam nadzieję, że Ash jej nie powie. Nie chcę zniszczyć tego związku. 
 Zostałabym znienawidzona przez obojga. 
 Ale... Przecież ona i tak nie wie o istnieniu zombi,zabójców i nie wie o niczym co jest związane z czymkolwiek w sprawie zombi... z wizją. Czyli Ash nie może nic mówić Adriannie... Uf! Kocham te zasady! Co by bez nich było!
-Alicja.-Odpowiadam po niespełna kilku krótkich minutach milczenia z mojej strony kiedy ściskam nerwowo dłoń dziewczyny.
-Coś nie tak?-Spytała.
 Tak, stało się Adrianno... Coś, czego żałuję... Wybaczysz mi kiedyś?
-Nie.-Pokręciłam głową.
-Dobrze!-Klasnęła w dłonie Revee.-Teraz zabieramy ją ze sobą.
-Okay. A cóż się stało, że z nami jedziesz?-Spytałam uśmiechając się na siłę udając normalną. I tak sprawiłam już wrażenie nienormalnej... czy nie?
-Ash mnie unika.-Wzruszyła ramionami.-A raczej naszych spotkań.
-Będzie dobrze.-Zapewniła ją Revee i przytuliła.
-Tak, na pewno to jakieś problemy rodzinne czy coś.Uwierz mi, że będzie dobrze. Na pewno.-Odezwałam się i nawet zabrzmiałam przekonująco, bo dziewczyna się rozpromieniła.
-Tak. Masz rację. Albo coś innego się stało. Tylko nie chce ze mną gadać...
-To facet.-Machnęła ręką Revee.-Musi czasem pogadać sam ze sobą.
-Ale nie chciał z tobą jechać?-Zapytałam ciekawa. Przecież naraża ją z każdą sekundą na niebezpieczeństwo. Może jego duch się odzywa...? 
 Bardzo możliwe. Jego duch jest jego przeciwieństwem. Czyli coś typu niegrzeczny chłopiec, lub coś takiego. Jeśli jako człowiek już jest taki ''niegrzeczny'' czy coś, to jako duch jest taki sam. Dziwne, ale to prawda. Ja jako człowiek jestem grzeczna,ułożona i w ogóle. A jako duch? Istne piekło ze mną, jeśli ktoś mi podpadnie. Czyli złośliwa,wkurzająca do bólu,cyniczna...
-Ja nie chciałam. Powiedziałam, że pojadę z wami. Chyba, że masz coś przeciwko?-Wzruszyła ramionami Ada.
-Nie,nie mam. -Odparłam.-To wielka... przyjemność.
-Okay.-Mruknęła Revee.-Siadaj za kółko.
-Och... tak tak. Chwilę... Poczekajcie.
Odeszłam od samochodu i bez problemu znalazłam Asha. Wyjątkowo z nim pogadam, przecież tak nie można.
Na mój widok zesztywniał i ja tak samo. Odsunęłam się odruchowo z niewiadomych przyczyn. Mój duch mówi mi ''Nie! Wizje to same kłamstwa a ja znajdę ci lepszego!'' 
 Pieprz się. Nie po to tu przyszłam, żeby go podrywać!
-Co jest?-Zapytałam.
-Nic.-Spuściłam wzrok kiedy na mnie spojrzał.-A co?
-Rozmawiałam z Adą. Co jest?-Powtórzyłam rządna odpowiedzi.
-Po prostu po tej wizji nie mogę na nią patrzeć.
-To twój duch... z moim... No... Wiesz...-Nadal nie podnosiłam wzroku a na domiar złego czułam na sobie jego przenikliwy wzrok.
-Ale i tak czuję się jakbym ją zdradził. Bo to zrobiłem. Mój duch z twoim. Moja część mnie z twoją częścią siebie. 
-Ash, nie bierz tego do siebie. To tylko wizja na miłość boską! Kochasz ją i nie psuj tego. 
-Kocham...-Szepnął.
-Ehm... Tak... Tak! Kochasz! Nie sprawiaj jej przykrości... Bólu... 
Ash się wkurzył, kiedy ciągnęłam o tym, jakie to bolesne i w ogóle. Nie zrozumiałam tego. Był nerwowy, a nawet lekko się go wystraszyłam co nie było u mnie zbyt częste. 
-Nie wiesz co to znaczy utracić kogoś z miłości. Nie wiesz! A stracić ją to jest jak... Jak... Jakbym utracił samego siebie! Wiem, że to jest taki typ miłości, może przechodzi, ale ona nie przejdzie do póki sama mnie nie rzuci, nie da do zrozumienia, że mnie nie chce. A ty nic nie wiesz o takiej miłości. Może twój chłopak zginął, ale z własnej głupoty. Chciał umrzeć z łap zombi? Okay, zginął. Nie ma go i nie wróci przemienił się w jedno z zielonych zgniłych martwych ludzi którzy teraz chcą cię zabić a ty? Nawet byś nie strzeliła mu w łeb. Bo go kochałaś? To nie była prawdziwa miłość jeśli nie brał ciebie pod uwagę. Ja biorę Adę pod tą uwagę. Nie kochał cię. Dla niego pewnie była ważna tylko walka nic więcej jeśli zrobił coś takiego, jak mi opowiadałaś. Nie martwił się tobą, kiedy zombi atakowały ciebie, chciał dalej zabijać.
 Bez słowa, ze łzami w oczach miałam ten obraz przed oczami, kiedy zombi wysysały życie z Zeda a potem zaciągały go do gniazda, gdzieś za wielkim lasem... On po prostu stał się taki jak to co chcę zabijać. Ash miał rację... Nie kochał mnie i tyle. Udawał. Przecież miał każdą. A Victoria? To jego była która tylko czekała na okazję kiedy będzie sam... Nie ukrywajmy, że kiedy był ze mną zdradzał mnie z nią nie raz. A ja nie miałam serca by z nim skończyć. On skończył ze mną kilka minut przed walką mówiąc, że kocha kogoś innego. A że jego czas spędzony ze mną był najlepszy w jego życiu, kochał mnie, ale już nie. To minęło... Miałam dość.
Odbiegłam zalana już łzami. Wsiadłam do samochodu mijając Adę i Revee które wyraźnie się zagadały. Odjechałam mając gdzieś w tym momencie dziewczyny. Z piskiem opon odjechałam zdenerwowana słysząc przez otwarte okno krzyk Revee.
-Nie możesz teraz odjechać! Ali!
 Nie mogłam jeździć w takim stanie. Już raz miałam wypadek, dwa lata temu. Miałam kłótnię z Zedem... Wsiadłam do samochodu który zabrał Zed rodzicom za moim pozwoleniem i... Nerwy wzięły górę. Po prostu skręciłam kierownicą w las, w drzewa... huk... No i nic. Ciemność. Obudziłam się ze złamaną ręką w szpitalu.
 Teraz nie dopuszczę do żadnego wypadku. Nie teraz, już nie. Dam radę... 
Zawsze miałam problemy z gniewem. Ale udało mi się go kontrolować od trzynastego roku życia. Kiedy moi... rodzice... jeszcze żyli... 
 O matko...
 Moi rodzice... Śmierć...
 Zjechałam na leśną drogę gdzieś w środek lasu. W sumie ryzykowałam tym, że zombi się pojawią, ponieważ było ciemno, a dziś kończyłam o siedemnastej. W Ameryce już teraz jest dosyć ciemno. Nie przejmowałam się tym teraz. Zombi jak zombi, trudno. Dam radę uciec, na nogach albo na kółkach tej czarnej starej fury...
 Zatrzymałam się i przesiadłam na miejsce z tyłu. Położyłam się i skuliłam. Śmierć rodziców... Emmy... mojej kochanej Emmy... Zeda... którego nienawidziłam, ale jednocześnie kochałam... Kiedyś go kochałam. Teraz tylko łzy spływały mi na myśl o jego śmierci bo... widziałam co zombi z nim robią. Niewyobrażalny ból... Jak rozszarpywały moją mamę, siostrę... Ja zaszyłam się w najciemniejszym kącie samochodu, tak by mnie nie znalazły i nie rozszarpały jak rodziców i siostrę. 
 Teraz nie miałam ochoty się ruszyć i wracać do domu. Tylko leżałam na tylnych siedzeniach oddychając miarowo, słysząc w tej przyjemnej ciszy tylko bicie swojego serca. Nie wychodziłam z ciała, ponieważ skończyłam z zabójcami. Z tą pracą. Teraz i tak tylko dorabiam w kawiarni... A tutaj? W lesie? Jestem nadal sobą. Tak jak w szkole... w domu... w mieście... wszędzie. Jestem dalej sobą. Moja dusza śpi, zapadła w głęboki sen, a teraz ja mam spokój. Na dobre. Teraz tylko mogę zasnąć i spaść w nicość. Chcę do rodziców. Nie chcę już być sama, żyć wspomnieniami i okrutną rzeczywistością. Chcę zostać w tym pięknym lesie... żyć tu... Mieszkać... Sama? Nie wiem. Na razie jestem sama, więc chociaż od samotności zacznę...

sobota, 20 września 2014

Od Alicji

 Siedziałam na stołówce wsłuchując się w rozmowę Bronxa na mój temat, ale także wpatrywałam się w tego nowego. Niedługo znów zombi się pojawią, zaczną atakować ludzi. Ich liczba znacznie się zmniejszyła, ale to nie oznacza, że jest ich mało. Więc tak czy siak jego duch zacznie reagować inaczej niż zwykle, będzie chciał się uwolnić i robić to, co do niego należy. Wiem, bo też tak miałam. Na szczęście Bronx mi pomógł.
 Revee siedziała przy stoliku wraz ze znajomymi Asha a także Ady, jego dziewczyny. Revee chyba przyjaźniła się z nią, bo od jakiegoś czasu trzymały się często razem. Kat już zaczęła się niepokoić, że nas zostawiła dla niej, ale przecież nie jesteśmy jedynymi znajomymi Revee i to ona decyduje z kim w danym momencie chce siedzieć czy spotykać się. Kat czasem zachowuje się tak niedojrzale...
 Wstałam by wziąć coś do jedzenia, bo od kiedy jeden z zombiaków złamał mi rękę i zawieszono mnie na trzy miesiące, przestałam normalnie funkcjonować. Teraz żyłam jak prawdziwy człowiek, a mój duch stawał się bardziej głodny walki i chciał ćwiczyć. Druga ja była taka nie znośna... Rozumiem już teraz Asha w lesie... Byłam naprawdę okropnie nieznośna...
 Nagle...
 To była chwila.
 Poczułam jak prąd drażni mój mózg i serce.
 Jedna chwila i...

 Jestem w swoim pokoju. Leżę na jakimś chłopaku, z którym właśnie doznałam wizji. Nie chciałam jej, ale nie umiem jej kontrolować... Nie wybieram osoby...
-Przyjaciele się nie całują...-Szepnęłam kiedy ten całował mnie w usta.
-Okay.-Nie przestawał.
Przywarł wargami do moich ust, nieskończenie miękko, powoli smakując każdą chwilę jakby mógł wywołać upragnioną chwilę, każdą chwilę. Zaatakowałam go swoim językiem a on odpowiedział tym samym.Żadne z nas nie było delikatne ani łagodne. Przywarłam do niego z całej siły żądając więcej, biorąc więcej.
 Biorąc wszystko.
 Nie miałam dość.
 Nie wiedziałam,czy kiedykolwiek będę miała dość.
 Przesunął dłońmi po moich włosach, zaciskając ją od tyłu by móc głębiej wniknąć w moje usta.W tym momencie posiadał mnie całkowicie.
 -Jesteś taka cudowna...-Wyszeptał ochrypłym głosem. - Smakujesz tak cudownie. Muszę cię mieć. Szybko. Nie mów stop...
-Zostań.
 Moja krew musowała energią. Szarpałam mu koszulę tak mocno, że rozrywałam materiał. Pchnęłam go na podłogę i usiadłam na nim. Nasze języki spotkały się z jeszcze większą siłą. Brałam więcej. Smakował miętą i truskawkami, moimi dwoma ulubionymi przysmakami - potrzebowałam więcej. Był twardy, ja byłam miękka i każdy punkt czynności emanował elektrycznym żarem - pragnęłam zapłonąć.
-Dotknij mnie.-Zadrżałam.
 Przewrócił mnie na plecy, przygwoździł do dywanu swoim muskularnym ciężarem, jego dłonie przesuwały się po mnie gorączkowo. Lizałam go po szyi, wchłaniałam jego cudowny zapach...
-Chcę cię mieć... Czekaj na mnie... Proszę...-Szepnął mi do ucha całując po brzuchu.
Potem znów powrócił do ust. Nie mógł przestać, ja też. Całował mnie namiętnie, z takim uczuciem, którego nie miałam dość... Chciałam więcej. Po chwili po prostu wziął mnie na ręce, rzucił na łóżko...

Obudziłam się w szoku z wizji. Nie otrząsnęłam się, nie wiedziałam kim była ta osoba, do póki nie potrąciła mnie uczennica Ronny Ten. Popatrzyłam na niego, a wiedziałam już, że osobą jest Ash...
Zamrugałam nie dowierzając.
Matko... Koło niego siedzi dziewczyna...
A on doświadczył tej wizji tak samo jak ja, w tym samym czasie, widział to samo i słyszał to samo.
Jezu...
Po prostu wstałam i wybiegłam ze stołówki odkładając tacę na stolik. Wyszłam ze szkoły i usiadłam na ławce oddychając powoli.
Te wizje które doświadczam, a stało się to tylko raz, teraz drugi... Pierwsza była dwa lata temu. Z moim byłym chłopakiem, który został pokonany przez grupę zombi...
Te wizje mnie osłabiają. Psychicznie. To wydaje się niczym, ale tak naprawdę to mój dar który nie jest łatwy. Nie da sie nad nim panować. Kontrolować... To dzieje się samo. A najgorsze jest to, że te wizje często się spełniają, bo to dar po mojej matce. Opowiadała mi o nim... Wiem o nim wszystko. Tylko... Teraz muszę trzymać się z dala od tego chłopaka zanim coś się stanie. A oboje tego nie chcemy.
Koło mnie stanął Ash. Patrzył na mnie. Poczułam się głupio. Chciałam zapaść się pod ziemię.
-Co to... co... co to miało być...?
-To... są... moje wizje...
-Wizje?! Wytłumacz mi dlaczego ja to widziałem?! Dlaczego to się stało?!
-Tylko... nie krzycz... Ja nad tym nie panuję.-Szepnęłam.
Westchnął i usiadł koło mnie.
-Opowiedz mi o tym co to było.
-To mój dar. Nie mogę go kontrolować. Kiedy dochodzi do jakiegoś kontaktu wzrokowego najczęściej nic się nie dzieje, ale jeśli coś zaczyna się dziać, jest to skutek uboczny mojej wizji. To, że dzieje się to naprawdę z jakimś czasem. To staje się rzeczywistością...
-Nie.-Pokręcił głową.
-Ja też tego nie chcę. Ale... prawda jest taka, że nawet unikając siebie los i tak sprawi że wizja się spełni. To była wizja typu koszmar... Są dwa typy, możesz się domyślać jakie... Koszmar, i...
-Tak. Wiem. To się nie spełni.
-Masz dziewczynę więc trzymaj się jak najbliżej niej. Bo wizja stanie się prawdą.
-Byliśmy tam... trzeźwi?
-Tak. Inaczej wizja byłaby przymglona czy coś.
Spuściłam głowę.
-Przepraszam, że coś takiego miało miejsce. Naprawdę nad tym nie panuję... Nie pozwolę, żeby coś takiego się stało.-Szepnęłam i uśmiechnęłam się lekko.
-W porządku. Ale... to był pierwszy taki raz kiedy coś takiego się stało.
-Po twojej reakcji mogę się tego spodziewać.Przepraszam...
-Nie przepraszaj. To nie ty o tym decydujesz. Z kim i jaka będzie wizja.
-Tak. Tylko nie chcę zniszczyć tak idealnego związku.-Wzruszyłam ramionami.-Kochacie się. Nie chcę by ona cierpiała, a potem ty z mojego powodu. Jeśli wizja ma się zjawić to będę próbowała ją powstrzymać.
-Nic do mnie nie czujesz? Bo wiesz, to może być wizja z powodu...
-Nie. Do nikogo nic nie czułam od kiedy straciłam swojego chłopaka.
-Kiedy?
-Dwa lata temu. Od tamtej chwili sama zaczęłam zabijać zombi, stało się to moją obsesją. Kiedy je zabijam myślę o nim i... po prostu zabijam. Ale teraz z tym kończę, nie chcę... nie chcę już pamiętać. Cała wina po śmierci Seby spadła na mnie. Jego rodzice... nawet mi grozili.-Szepnęłam.-Ale teraz z tym koniec. Mam dość tego zabijania. Musze przestać... Ale jeśli chodzi o ciebie, to słyszałam że jesteś niezły, a przynajmniej byłeś. Jednym z najlepszych, jak mówił Bronx. Nie rezygnuj z tego, wiem jaką możesz zapłacić cenę, ale będąc zabójcą dostaniesz specjalną Linię Krwi. Wiesz o tym... Linia Krwi zapewnia komuś bezpieczeństwo. Chodzi mi o Adę. Zrób Linię Krwi jeśli dołączysz do Bronxa... Zombi jej nie tkną, chyba że wyjdzie z domu to wtedy... No wiesz. Nie chcę ci zawracać gitary.-Mrugnęłam do niego ale dalej czułam się jak ostatnia kretynka.-Przepraszam... naprawdę. A teraz muszę iść. Pa.
Wstałam i kiwnęłam do niego głową na znak że muszę już iść.
Odeszłam. Teraz muszę zapaść się pod ziemię. Nie wygrzebywać z niej i pozwolić zombi skończyć ze mną... To wszystko co chciałabym teraz uczynić.

Od Asha

Rozmowa z tą dziewczyną... dała mi do myślenia. W swoim drugim "ja" czułem sie dobrze... nawet czasem lepiej niż w cielesnej postaci. Jednak.. to nie dla mnie. Po paru próbach udało mi sie wrócić do ciała. Nigdy więcej tego nie zrobię. Nigdy więcej nie opuszczę swojej cielesnej postaci.
Wziąłem telefon i napisałem do Ady. Szybko dostałem odpowiedz.



Ada była moją Księżniczką. Kochałem ja baaardzo baaardzo. Ona mnie też. To dla niej zostawiłem walki z zombi. Dla niej, dla rodziny oraz dla siebie. To co powiedziała ta dziewczyna zbiło mnie z tropu. Bo może.. na prawdę źle zrobiłem? Nie wiem... nie wiem... Nic nie wiem. Ale nie.. jedno wiem. Tak mi dobrze. Ale czy tak bedzie dalej? Zobaczymy...


***


Następnego dnia w szkole byłem na przerwach cały czas z Adą. Na stołówce.. zobaczyłem zabójców. Śmieli się i gadali. Jednak.. ona siedziała jakaś przygnębiona. Nasze spojrzenia sie spotkały. Poczułem sie tak jakbyśmy.. nie wiem.. no takie dziwne uczucie. Jednak Ada szybko to przerwała wołając moje imię.
-Ash! Co ty na to by w sobotę iść do kina?-zapytała.
-No możemy.-powiedziałem z uśmiechem.
-Jest taki jeden film.. akurat dziś jest premiera. "Miasto 44".
-Z przyjemnością pójle na ten film.. a z tobą to jeszcze większą przyjemność.
Pocałowała mnie w policzek.
Usiedliśmy przy stoliku i zjedliśmy drugie śniadanie.
Czułem na sobie czyjeś spojrzenie. Zacząłem szukać wzrokiem gapia. I znalazłem. Moje zaskoczenie było nawet spore na widok tej dziewczyny. Patrzyła sie na mnie dziwnie. O co jej chodzi? W nocy.. to był przypadek. Niech zapomni że widziała mnie w takiej postaci.. i w ogóle o tym co rozmawialiśmy.
-Ash?-zapytała mnie nagle Ada.
-Tak?
-Dlaczego patrzysz sie na tą Alicję?
-Alicję? Co ty.. nawet jej nie znam.-powiedziałem i pocałowałem ja w czoło.
-No dobrze.-uśmiechnęła sie.
Objąłem ja ramieniem i czekaliśmy na jej znajomych... miałem dziwne przeczucie że niebawem coś się gwałtownie zmieni.. nie było to dobre przeczucie.

czwartek, 18 września 2014

Od Alicji


 Usiedliśmy na krzesłach w podziemiach, tam znajdowała się nasza wielka sala treningowa. Usiedliśmy wszyscy razem na krzesłach i zamknęliśmy oczy. To było jak zasypianie... tylko, z tym że my przenosiliśmy się do drugiego ''ja''. Zombi wyszły do lasu, a każdy z nas miał się na baczności. Każdy z nas musiał mieć swojego partnera, lub dwie osoby w razie nagłego napadu tych złych dusz. Zapach rozkładu dalej można było wyraźnie wyczuć. Uciekałam wzrokiem od większości zabójców by nie dostać wizji i nie rozproszyć nikogo.
Znaleźliśmy się w lesie, tam, gdzie nasz duch chciał się znaleźć. Druga ja mówiła mi, gdzie mogę znaleźć zombi, więc jakby teleportowano mojego ducha do tego miejsca, gdzie mogą się zaraz zjawić przebrzydłe istoty. Martwiłam się trochę o moją babcię, a nawet bardzo. Ale jak w każdym domu jest Linia Krwi, czyli jakby niezniszczalna tarcza. Krew jest zabójców, tak chronimy wszystkie domy ludzi w mieście.
Za sobą usłyszałam szelest. Od razu zareagowałam, nie sięgnęłam po nóż który zapięty był przy moim udzie. Zatarłam ręce i pojawił się biały ogień. Jeśli jeden z zabójców miałby pomarańczowy odcień ognia, czy czerwony, to znaczy,że ten jest skażony przez zombi.
Odwróciłam się i...
 Zobaczyłam tego nowego. Zgasiłam płonące dłonie i przewróciłam zła oczami a zarazem byłam lekko zaskoczona. Przecież nie należy do nas, co robi więc tutaj?
Może jego duch także go tu przeniósł?
-Co ty tu robisz?-Warknęłam.
-Może grzeczniej?-Westchnął.
Przewróciłam oczami i przedstawiłam się, ale nadal byłam lekko zdenerwowana tym, że się tutaj pojawił.
-Ash.-Odpowiedział trochę zaskoczony, że znalazł się tutaj.
-Tak wiem jak się nazywasz.
-Skąd?
-Mój szef mi powiedział. Będąc zabójcą powinieneś wiedzieć, że szefowie wiedzą wszystko o innych zabójcach, no, miej więcej. Tyle ile powinni wiedzieć.
-Zapomniałem.
-Domyśliłam się.-Parsknęłam.-Dobra, przylazłeś tu po co?
-Nie wiem, nie chciałem się tu znaleźć.-Powiedział lekko zszokowany.
-Mam nadzieję, że wiesz jak wzniecić ogień.
-Wiem na pewno więcej od ciebie i umiem więcej od ciebie.
-Nie wyglądasz mi na wrednego chłopca.-Mruknęłam słodkim głosikiem.
-A ty wyglądasz na taką. I jesteś taka, jeśli dobrze wnioskuję z naszej przemiłej rozmowy.
-Oczywiście może się tak wydawać. Tylko, że u mnie nie ma miejsca na uczucia i miłe rozmowy.
-Mhm, czyli maszyna do zabijania?
-Nie. Miałam trudne dzieciństwo. Nie będę ci o tym opowiadać, lepiej znikaj stąd bo jeszcze cię jeden z zombiaków zaatakuje i będę musiała ratować ci tyłek.
-Pewnie będzie na odwrót.-Uśmiechnął się złośliwie.
-Mmm, jednak nie jesteś takim grzecznym chłoptasiem.
-Nie twoja sprawa.
-Chłopak z dobrego domu? Wiedziałam. Poza tym, nie wiem czemu przestałeś wykonywać swój obowiązek bycia zabójcą, nie obchodzi mnie to. Ale wiesz, że będziesz musiał zmagać się z tym co kolejny atak zombi, nie powstrzymasz tego. To jest twoja natura, będziesz nam przeszkadzał cały czas. A jak wywali cię w wir walki to co zrobisz? Wyjdziesz ranny? Radziłabym ci coś zrobić bo może i (tak myślę) nie polubiłabym cię, ale wiem jak jest, wiem jak będzie. A wątpię, że twoja dziewczyna coś takiego by przeżyła.
-Co cię obchodzi moje życie?
Westchnęłam i pokręciłam głową.
-Tylko zawracasz mi głowę. Idź sobie, zaraz tu będą.
-Nie chcę z nimi walczyć.
-Domyśliłam się. Tylko kiedyś nadejdzie taki moment, że za tym albo zatęsknisz, albo twój duch zacznie umierać. Bo myślę, że nie powiedziano ci, albo nie pamiętasz, czym żywi się twój duch.
Spojrzał na mnie zaskoczony.
-Ech... Nie pamiętam...
-Mhm. Żywi się śmiercią zombi, karmisz swojego ducha, swojego drugiego siebie, regenerujesz jego siły, a jeśli tego nie robisz on powoli umiera, powolutku. Jeśli on umrze, ty stracisz uczucia, to co masz w sercu. Ja wykonuje swój obowiązek zabójcy, bo mam jeszcze to bijące serce swojego ducha. Nie chcę siebie zabijać. Rób co chcesz,ale doskonale wiesz że kiedyś nadejdzie taki dzień, kiedy będziesz musiał walczyć.
-Nie nadejdzie. Mówisz głupstwa.
-Ty tak uważasz.
-Możemy o tym nie gadać?
Zamilkł i zamknął oczy.
Otworzył je i spojrzał na mnie zaskoczony.
-Czemu... nie mogę wrócić?
-Ech...-Westchnęłam.-Nie wiem. Muszę iść i pozabijać kilka zombiaków.
-Co mam zrobić by wrócić!?-Krzyknął w moją stronę. Zaczęłam się oddalać.
Podeszłam do niego i wpuściłam głowę.
-N-I-E W-I-E-M. Popilnuj ubrań i czekaj na cud?
-Jesteś najgorszą osobą, jaką widziałem.
-Jestem taka tylko w postaci... takiej. Jako duch. To inna ja, ta gorsza.
-Czyli jako człowiek jesteś milutka i potulna?
-Nie aż tak miła.Musze iść.
-Słuchaj... Musze wrócić. Nie chcę walczyć, narażać siebie czy kogokolwiek, bo jeśli zombi mnie zaatakuje i ugryzie to moja dziewczyna dowie się o wszystkim. O tym kim jestem. Nie wiem czy coś takiego zniesie. Nie chcę by cierpiała, a też nie chce być kimś takim jak ty, bo nie umiem do tego wrócić, nie chcę. Więc powiedz mi jak mogę wrócić... Proszę?
Coś mnie dotknęło. No dobra, odezwało się moje ciało i mój rozsądek, przedarłam się ta ludzka ja i zaczyna mną trząść, mówić, co mam zrobić. Tylko problem był w tym, że nie wiedziałam jak mu pomóc....
-Nie wiem jak ci pomóc. Naprawdę. Nie robię teraz tego bo chcę cię wkurzyć... Nie wiem co zrobić, zwykle zamykam oczy, i jestem. Zawsze tak miałam, teraz naprawdę nie wiem co masz zrobić. Mój szef wiedziałby co musisz zrobić... ale nie wiem czy chcesz widzieć się z tyloma zabójcami i zombi, bo najpierw trzeba im pomóc. Nie mogę już z tobą rozmawiać.
Nie wiem czy za mną ruszył. Jego wybór. Ja musiałam pomóc innym. Tylko... potem tego żałowałam. Bardzo...
 Ból, cierpienie.
 To było najpierw...
 Potem... Tylko ciemność i mój krzyk.
 Otworzyłam oczy. Byłam na sali treningowej otoczona zabójcami. Nie widziałam ich twarzy, nie wiedziałam kto umarł,kto przeżył ani kto nade mną stoi. Pan Ankh zajął się mną od razu, ale czułam, że coś się ze mną stało. Nie wiem co to było. Siedziałam na sali treningowej na krześle słysząc tylko rozmowy zabójców. Widziałam tylko buty Asha, które rozpoznałam z niewiadomej przyczyny. Po prostu, tak skojarzyłam ,że takie miał w lesie. Rozmawiał z Bronxem, szefem, a moim przyjacielem. Przejął się moim stanem ale reszta nie bardzo. Co ja powiem Kat? Babci? Revee? Kat mnie udusi, a Revee jej pomoże. A moja babcia? Tylko będzie jej przykro i jak zwykle cieszyła się że żyję po kolejnym ataku.
-Alicjo...-Odezwał się Bronx.
Podniosłam głowę, ale zaraz światło poraziło mnie i spuściłam głowę. Milczałam.
-Nie możesz dalej walczyć. Odpoczniesz.
-Ile...?
-Rok. Może więcej.
-Słucham...?!-Byłam oburzona. Próbowałam podnieść się z krzesła, ale to był zły pomysł. Głowa mocniej mnie bolała.-Przepraszam.-Szepnęłam i złapałam się za głowę.-Miesiąc. Tylko miesiąc... Musze ćwiczyć... Miesiąc...
-Nawet nie wiesz co ci dolega.
Westchnęłam ale zaraz potem zaczęłam go prosić, by to był tylko miesiąc. Niestety. Przystał tylko na 3 miesiącach. Siedziałam na krześle dalej, słuchając rozmowy Bronxa i Asha, który nagle zjawił się CIELEŚNIE na sali. Zdziwiona tym, jakie Bronx ma umiejętności, siedziałam już cicho. Widocznie umiał przenosić ciała zabójców. Nie wiem co mi jest, a nawet wam powiem, że jestem w totalnym szoku...

środa, 17 września 2014

Od Asha

Dzień z Adą minął mi szybko i miło. Odwiozłem ją o 22 do domu. Czule sie pożegnaliśmy.
-Tylko uważaj na siebie.-powiedziała z troską.
-Obiecuję że będę.
-Nie chcę znowu przeżywać tego samego.-powiedziała ze łzami w oczach.
Kiedy byłem w śpiączce po tamtym wypadku.. Adrianna wpadła w depresję. Kiedy jej powiedziono że mam bardzo małe szanse by sie wybudzić próbowała się zabić. Wzięła sporo tabletek nasennych i podcięła sobie żyły. W ostatnich minutach uratowano ją. Gdyby wtedy jej starszy brat... a mój przyjaciel Dan nie wrócił wcześniej do domu... nie wiem czy mógłbym żyć bez niej. Tym niemądrym czynem udowodniła mi że mnie kocha. Niczego więcej nie potrzebuje.
-Nie będziesz. Wrócę bezpiecznie do domu a teraz uciekaj bo nie chce by twoi rodzice marudzili że znowu późno cię odwożę a przecież jutro szkoła.
Znów sie pocałowaliśmy po czym ona poszła a ja kiedy tylko zamknęła za sobą drzwi odjechałem. Dziś będzie niebezpieczna noc. Bałem sie o Adę. W domu.. mojej rodzinie nic nie grozi bo ja jestem ale.. Ada.. jej rodzina była normalna.. byli narażeni na niebezpieczeństwo. Na pewno nie zasnę dziś. Za bardzo będę sie martwił.

Kiedy przyjechałem do domu zaparkowałem w garażu i wszedłem do domu. Mama oglądała jakiś film w salonie a tata był w swoim biurze.
-Dziewczynki śpią?-zapytałem całując mamę w policzek.
-Tak, tak. Gdzie byłeś?
-Z Adą.
-No dobrze. Zjedz coś.
-Nie jestem głodny.
-Zaczynam sie martwić o ciebie. Od pewnego czasu mało jesz i śpisz.
-Nic mi nie jest mamo.-powiedziałem.
-No nie wiem..
-Bądź spokojna. Gdyby mi coś było na pewno bym ci powiedział.
-No dobrze.
Poszedłem do swojego pokoju i włączyłem muzykę. Akurat się włączyła moja ulubiona. Pod głosiłem trochę i wyszedłem na balkon. Niebo tej nocy jest przepiękne. Jednak ta noc przyniesie ofiary.
Poczułem znowu ten smród. Jakby coś zdechło. Zombie. Moje oczy zmieniły kolor... nie hamowałem tego. Tu w mroku.. sam.. mogłem być sobą. Mogłem "spuścić ze smyczy" swoje drugie "ja". Tu nikt mnie nie widział.. i tak właśnie czułem sie najlepiej. Byłem zabójcą.. to była moja natura.. nie mogłem sie jej sprzeciwiać.. jednak mogłem ja hamować i to właśnie robiłem. Nie powiem.. tęskniłem za walką. Jednak nie wrócę do tego. Nie wiem co musiałoby sie stać bym wrócił.
Wszedłem do środka i położyłem sie na łóżku. Zamknąłem oczy i złożyłem ręce. Wyglądało to tak jakbym spał. Rozluźniłem się i.. uwolniłem swoja duszę od ciała...

wtorek, 16 września 2014

Od Asha

Nowe miasto. Nowe otoczenie. Nowa szkoła. Nowy dom. Pomagałem mamie i siostrą nosić pudła. Właśnie się przeprowadziliśmy. Nie znałem tu nikogo. Trochę czułem się dziwnie jednak myślałem pozytywnie. W końcu... wreszcie będę blisko z Adrianną. Przeprowadziła sie tu parę miesięcy temu no i od tamtego czasu widzieliśmy sie sporadycznie. Na szczęście los tak chciał ze i ja sie tu przeprowadziłem. Mama była nie za bardzo zadowolona bo w końcu mam maturę w tym roku a przeniesienie do innej szkoły nie jest za dobrym pomysłem.. jednak zgodziła się no i oto tu jestem! 

W szkole na stołówce spotkałem sie z Adrianą. Jak zwykle wyglądała prześlicznie. Kiedy mnie pocałowała poczułem to samo uczucie w żołądku. Kiedy się odsunęliśmy i zaczęliśmy iść do stolika gdzie byli jej znajomi rozejrzałem się. Wtedy właśnie ich zobaczyłem. Grupę zabójców. Po czym poznałem? Po oczach i nie tylko. Po prostu ich wyczułem. Czułem zapach rozkładu co oznaczało że zombi zaatakuje w nocy. Jednak umiałem kontrolować instynkt i moje oczy nie zmieniały koloru na długo oraz nie czułem się jakbym był koniem wyścigowym a zaraz miałbym usłyszeć gwizdek oznaczający "START". Już nie walczyłem z zombie. Zostawiłem to innym. Nie dla mnie to było... miałem cele w życiu. Chciałem dobrze zdać maturę, dostać sie na dobre studia medyczne, ożenić się z Adą i mieć z mia dzieci. Nie chciałem wiecznie polować na te paskudztwa.. nie wybrałem sobie takiego życia. Na początku było fajnie. Adrenalina.. to coś czego szuka każdy nastolatek ale wreszcie czas dorosnąć i sie ogarnąć. Nie walczyłem od 2 lat. Jednak nadal byłem w formie. Dlaczego? nadal trenowałem. Nie by walczyć tylko by utrzymać formę. Musiałem być przygotowany gdyby te stwory zaatakowały kogoś mi bliskiego. Czy to coś złego w tym że chciałem jak najlepiej dla bliskich i by byli bezpieczni? Sądzę iż nie. 

Usiadłem obok Ady przy stoliku i od razu zapoznała mnie z jej koleżankami. 
-To jest Ash a to jest Pati, Kaja, Mia i Kim. No i Damian, Dominik i Kamil. 
-Hej wam.-powiedziałem wyluzowany. 
Żadne z nich nie było zabójcami. Całe szczęście. Nie przepadałem za spotkaniami z nimi. Zawsze zadawali pytania, dziwnie spoglądali na mnie... no bo to bardzo dziwne ze ktoś z własnej woli zostawia to. Mało jest takich przypadków. U mnie w rodzinie.. ani moje siostry ani mój brat czy rodzice nie są zabójcami. Więc dlaczego ja nim jestem? Otóż mój dziadek nim był. Umarł parę lat temu na serce. Do swoich ostatnich dni walczył. Podziwiam go. Jednak ja tak nie mogę. Nie chcę tego. 
Zadzwonił dzwonek na lekcję. 
-Co masz teraz kochanie?-zapytała mnie.
-Chyba chemie. 
-Ja mam biologie. co ty na to byśmy gdzieś poszli po szkole? 
-Jak najbardziej jestem za. w końcu nie widzieliśmy się aż szesnaście dni!-powiedziałem.
-Stęskniłam się.-powiedziała łapiąc mnie za rękę.
-Ale ja bardziej. 
-Nie prawda.
-A jednak.
Pocałowałem ją i rozstaliśmy się. Każde z nas poszło do swojej klasy. 
Adrianna była dopiero w drugiej klasie. Hot osiemnastka za niedługo z niej bedzie. Bo przecież ma za trzy tygodnie urodziny. Musiałem zorganizować jej jakiś prezent. 


***

Minęły lekcje. Cały czas starałem sie nie spotkać tych zabójców. Nie to ze uciekałem tylko po prostu cały czas byłem z Adrianną. Jednak teraz na reszcie byłem pewny że już ich nie spotkam. Lekcje sie skończyły a ja i Ada jechaliśmy na miasto. 
-Nowy samochód?-zapytała kiedy szliśmy na parking. 
-Ojciec mi go kupił niedawno. 
-Fajny jest. 
-Marka? Zgadniesz?-zapytałem z uśmiechem.
-No oczywiście.
-To dawaj.
-Porsche carrera 911 rocznik 2013
-Wow! Ale mam mądrą dziewczynę!-pocałowałem ja w policzek. 
Wiedziałem ze nie leci na mnie ze względu na kasę. Nie raz mi to udowodniła a poza tym sama nie jest biedna. Uczyłem ją kiedyś trochę o samochodach.. aż stały sie one jej pasją. W domu miała chyba ze 4 własne... Jednak nie była taką pustą plastikową lalą.. i właśnie za to ją kochałem. Miała dobre serce, była mądra, pracowita i uczynna. Nie imprezowała za bardzo.. tylko czasami. Miała nawet dobrą głowę do picia. Nie cpała tylko czasem zajarała ale to ja tez. Nie paliła.. ale za to uprawiała sport, należała do czirliderek, pracowała za darmo w miejscowym schronisku dla zwierząt ale też i w drugim dla ludzi.   Była ideałem! 
-To gdzie jedziemy?-zapytałem.
-Prosto przed siebie i jak najdalej od ludzi. Byśmy pobyli trochę sami.
-Zobaczmy czy da sie to zrobić. 
Pocałowaliśmy sie a po chwili odjechaliśmy. 

Od Alicji

 Pan Ankh obudził mnie z uśmiechem lekko potrząsając. Inaczej nie dało się mnie obudzić, chyba, że pomagały mi w tym koszmary. Tylko one wiedziały o moich obawach, wiedziały jak spowodować, bym się obudziła, bym otworzyła oczy.
 Już słyszałam krzyk Revee, która komunikuje głośno i wyraźnie, że ona jest pierwsza w łazience i ja mam poczekać, a nikt ma tam nie wchodzić choćby nawet pani Holland.
Z uśmiechem wstałam i przywitałam się z panem Ankhiem. On jednak trochę się skrzywił widząc moją minę. A raczej zdziwił się, bo widniał na mojej twarzy uśmiech, co nie było normalnością. Kiwnął jednak głową i wyszedł podśpiewując sobie Black'a Strobe'a - I'm a man. Nawet nieźle mu to wychodziło, bo miał bardzo podobny głos do tego wykonawcy.
 Pogrzebałam w szafie i wyciągnęłam czarną koszulę i niebieskie jeansy. Różowe skarpetki w kropki zauważyłam dopiero po wyjściu z łazienki, kiedy mój kocur bawił się w najlepsze z różową miękką kulką. Zabrałam mu skarpetki a on natomiast niezadowolony przewrócił się na drugi bok leżąc do mnie plecami.  Pogłaskałam go za uchem i odeszłam zabierając ze sobą plecak na dół.
Dzień zapowiadał się znakomicie, jak zauważyłam po pogodzie. Mimo iż mieszkałam w Forks, miejsce znane z ulew i zimnych dni, ten dzień był bardzo upalny jak na październik. Dom był jak zwykle nieskazitelnie czysty. Czasem pomagałam pani Holland, w sumie zawsze, wtedy, kiedy mogłam. Moja babcia zeszła na dół i poszła do kuchni, pewnie porozmawiać a także pomóc gosposi w robieniu śniadania. Były przyjaciółkami, jeśli dobrze się orientuję. Pan Holland zszedł jako ostatni, ponieważ Revee już dawno zjadła swoje czekoladowe płatki śniadaniowe i była gotowa. Z uśmiechem skinęła głową na drzwi, dawała mi znak, że już jest czas na szkołę. Weszłam do salonu szukając swojego zadania domowego z angielskiego. Pani Daisy mnie zabije, jeśli go nie przyniosę. Chociaż mnie lubiła, była ostra i często denerwowała się, kiedy uczeń ignorował ją i zadania które nam dawała do domu.
Pośpiesznie wzięłam ze stolika zeszyt który leżał na czarnej walizie która służyła za stolik i wbiegłam do jadalni by pożegnać się ze wszystkimi.
 Wstałam więc i pocałowałam babcię w policzek, a ona mnie uścisnęła życząc miłej nauki, co mnie zdziwiło. Zwykle tego nie mówiła, a nawet nigdy tego nie mówiła. Zawsze było tylko ''idź i wracaj''. Jakby bała się mnie puścić do szkoły.
 Nie dziwię jej się. Martwi się o mnie, ponieważ zombi są wszędzie. Tak, moja babcia o tym wszystkim wie. Tylko czekają na zabójców. Pewnie nowi pojawili się w szkole, a także nowi zabójcy. Założę się, że Bronx będzie zbierał rekrutów, by zwiększyć naszą liczbę. W naszej siłowni jest dużo miejsca, wiele sal ćwiczebnych i takich tam. Bronx ma kupę kasy, więc wykorzystał to na siłownię.
 Revee stała już przy samochodzie ubrana w zwiewną sukienkę, włosy miała spięte niestarannie w kucyka, co wyglądało uroczo.
Otworzyłam drzwi mojego czarnego volvo które dostałam od babci rok temu. Do tej pory jestem na nią zła że zakupiła mi ten drogi jak cholera samochód. Mówiłam jej, że chcę zwykłą furgonetkę, a nie jakiś wypasiony samochód. Widocznie martwiła się o mnie tak bardzo, że kupiła samochód z kuloodpornymi szybami. Nawet sam może zaparkować. Babcia zdecydowanie za dużo pieniędzy na mnie wydaje. W mojej pracy za dużo nie płacą (pracuję w kawiarni Storey Live). Ale to zawsze jakiś grosz. Dokładam się do czynszu, a nawet próbuję oddać pieniądze babci za ten samochód. Czuję się źle z tym, że kupiła mi coś tak cholernie drogiego.

 Na stołówce zajęłam miejsce wraz z Szronem i Bronxem. Revee usiadła z innymi, jednak wiadomo było, że unikała Bronxa. Wiedziałam, że się jej podoba ale nie mogli być razem. Bronx o tym doskonale wiedział ale i tak cały czas miał ją na oku i strzegł jej jak oka w głowie.
Podeszła w końcu Kat ze swoją tacą jedzenia. Miała tam różności, ale tylko warzywa istniały na jej zielonej tacce. Znów się odchudza. Jest chuda jak szczypior a ona ciągnie to i mówi że jest gruba, ale to przecież nieprawda...
-Hej.-Uśmiechnęła się.
Wyczułam zapach rozkładu. Od razu wiedziałam, że tej nocy zombi wyjdą i zaczną atakować. Czyli my musimy dziś stawić im czoła ponownie. Moja pierwsza akcja od dwóch miesięcy... Znów muszę zacząć trenować.
Kiedy zabójcy czuli zapach rozkładu, czy walczyli z zombi, nasze oczy zmieniały kolor. Taki, jaki ma nasz duch który jest dla nas jak drugie ciało. Tylko mocniejsze,sprawniejsze i szybsze. Moje oczy były zielone. Nie umiałam tego kontrolować, jednak Bronx,Szron i reszta zabójców z Forks umiała.
-Hej.-Odparłam po jakimś czasie Kat.
-Twoje oczy. Znów są zielone.-Szepnęła mi na ucho Kat.
-Och...-Westchnęłam zdenerwowana na siebie.
-Nadal nie umiesz tego kontrolować?-Spytał mnie Bronx uśmiechając się odwracając w końcu wzrok od Revee która wyraźnie posmutniała, ale też się rozluźniła.
-Nie.
-Ale chociaż masz wizje z daną osobą. No i nieźle walczysz.
-Ale tego pierwszego także nie moge kontrolować.
-Ciesz się, że nie masz chłopaka, bo by cię zabił gdybyś doświadczyła wizji kiedy np. uprawiasz seks z jakimś typem.
-Takie też się zdarzają. Podobno.
-Nie doświadczyłaś jeszcze takiej wizji z nikim?-Spytała podekscytowana Kat.
-Nie.-Wzruszyłam ramionami.-Mam nadzieję, że to się nie stanie.
-Dzisiaj o dziewiętnastej trening.-Zapowiedział Bronx a potem zaczął telepatycznie wysyłać (poprzez swojego ducha) wiadomość do reszty.
Na stołówkę wszedł jakiś wysoki chłopak. Przelotnie spojrzałam na niego, i zobaczyłam jak jego oczy wyraźnie stają niebieskie, a potem kolor gaśnie i zmienia się na zwyczajny niebieskoszary.
-Nowy zabójca.-Zwróciłam się do Bronxa który był obeznany z prawie każdym istniejącym zabójcą w kilku krajach. Musiał o niektórych zabójcach wiedzieć, ponieważ jako szef miał taki obowiązek jak każdy inny.
-Tak. Ale nie kojarzę twarzy, jak ci się zdaje. Może nazwisko coś mi powie.
Jakaś dziewczyna podeszła do nowego chłopaka i przytuliła go. On ją objął. Usłyszałam jedynie ''...Ash.''
-Na imię ma Ash. Tylko tyle.
-Ach! Już jego zdjęcie staje się dla mnie jasne. To Ash Dent.-Zaakcentował jego nazwisko.-Niezły był.
-Był?-Zapytałam.
-Po prostu miał wypadek. Od tamtego czasu nie może już walczyć. A raczej nie chce.
-To może, czy nie chce?
-Może wrócić. To by było dla niego najlepsze, bo przyda nam się dobry zabójca który pokaże innym, gdzie miejsce tych zombiaków.
-Czyli sam zdecydował, że nie chce walczyć. A to jego dziewczyna?
-Tak.-Odparł Bronx.
-Wie o zombi?
-Tego nie wiem. Pewnie nie. Żaden zabójca nie może mówić swojej dziewczynie albo chłopakowi o zombi. Chyba, że sam/sama nie została przez takiego zaatakowana.
-A dużo jest takich dobrych zabójców?
-Najlepsi z najlepszych są we Francji, ale kilku ma tu przyjechać w najbliższym czasie. Dostanę powiadomienie, jeśli wyruszą.
-Fajnie. Będą nas uczyć i kiereszować?
-Dokładnie.
Klasnęłam zadowolona w dłonie.
-To lubię.
-Uważaj dzisiaj na siebie. Nie chcę kolejnej wpadki. Znów będziesz musiała tłumaczyć Revee co się stało i kłamać jej w oczy.
Wzruszyłam ramionami i kiwnęłam głową bez słowa. Odwróciłam wzrok od nowego i zajadałam się sałatką.


sobota, 13 września 2014

Od Alicji

 Coraz częściej śniłam o wypadku, w którym zginęli moi rodzice i młodsza siostra. Przeżywałam na nowo ten moment, kiedy nasz samochód koziołkował.Dźwięk metalu zgrzytającego o asfalt. Bezruch, kiedy już było po wszystkim i tylko ja zachowałam przytomność... i być może życie.
 Próbowałam rozpaczliwie uwolnić się od pasa, chcąc za wszelką cenę pomóc małej Emmie. Jej głowa była wykręcona pod dziwacznym kątem. Policzek mojej matki wyglądał niczym przecięta nożem szynka bożonarodzeniowa, a ciało ojca zostało wyrzucone z samochodu.Panika ogłupiła mnie całkowicie;uderzyłam głową o ostry kawałek metalu. A potem pochłonęła mnie ciemność.
 Widziałam jednak w snach, jak matka unosi powieki.W pierwszej chwili była zdezorientowana.Jęczała z bólu i próbowała zrozumieć cokolwiek z tego chaosu, który ją otaczał.
 W przeciwieństwie do mnie, nie miała problemu z pasem; uwolniła się z niego i odwróciła; jej spojrzenie spoczęło na Emmie. Po policzkach zaczęły jej płynąć łzy.
 Popatrzyła na mnie i westchnęła, potem wyciągnęła rękę, a jej drżąca dłoń spoczęła na moim kolanie.Odniosłam wrażenie, że przepływa przeze mnie strumień ciepła, dodając mi sił.
-Alicjo! - zawołała, potrząsając mną.-Ocknij się...
  Usiadłam gwałtownie.
  Dysząc ciężko zalana potem rozejrzałam się w okół. Zobaczyłam ściany pokryte kością słoniową i złotem, pomalowane na kościste wzory. Zabytkową komodę. Puszysty biały chodnik na podłodze. Mahoniowy stolik nocny z lampą od Tiffany'ego stojącą obok zdjęcia rodziców. Leżałam na swoim wielkim, miękkim łóżku a przy mojej głowie leżał Killer, mój wielgachny puszysty czarny kot.
 Znajdowałam się w swojej sypialni.Bezpieczna.
 Sama.
 Serce waliło mi o żebra, jakby chciało się uwolnić z piersi. Stłumiłam w sobie wspomnienie koszmaru sennego i przesunęłam się na brzeg łóżka, żeby wyjrzeć przez wielkie wykuszowe okno i odzyskać poczucie spokoju.Pomimo wspaniałości widoku - ogrodu pełnego jasnych,bujnych kwiatów, które zdołały jakoś rozkwitnąć w chłodnej październikowej pogodzie - poczułam ucisk w żołądku. Noc trwała w najlepsze, a wraz z nią lęki.
 Mgła, która zbierała się od wielu godzin na horyzoncie w końcu zaczęła się rozlewać, podpełzając coraz bliżej okna. Księżyc, okrągły i pełny, płonął oranżem i czerwienią, jakby jego powierzchnia została zraniona i teraz krwawiła.
 Wszystko było możliwe.
 Zombi wyszły tej nocy na łowy.
 Moi przyjaciele gdzieś byli w ciemności i walczyli z tymi istotami. Nienawidziłam siebie za to, że zasnęłam w takim momencie. A jeśli jakiś łowca potrzebował mojej pomocy?Wzywał mnie?
 Kogo chciałam oszukać? Nikt by mnie nie wezwał, bez względu na to, jak bardzo byłabym potrzebna. Po prostu ostatnio zombi ugryzło mnie w rękę. Byłam skażona. Mogłam się zmienić w to coś, w te istoty ciemności i zła. Ale przecież jest coś takiego, jak antidotum. Użyto go na mnie, dzięki czemu nie zamieniłam się w zombi.
 Chodziłam po pokoju, drepcząc cichutko. Nie chciałam obudzić pana Ankha, no i Revee. Pan Ankh był lekarzem, a za razem moim opiekunem. Kiedyś przyjaciel mojego taty... A Revee? To jego córka. Ładna, zgrabna, delikatna i kruchutka.O rok młodsza ode mnie. Była moją przyjaciółką, jednak nie miała pojęcia o zombi. Pan Ankh zabronił jej o czymkolwiek mówić. Mamy ją chronić (tzn. zabójcy). Jestem to winna panu Ankhowi, ponieważ przygarnął mnie kiedy mój dom spłonął. Nie wiem kto był sprawcą, nikt nie wie. Obwiniany jest Justin, piętnastoletni chłopak. Niewinny... Na takiego wygląda. Ale wszyscy zabójcy wiedza jak jest. Jak było.
 Dopiero o czwartej zdołałam zasnąć. Zakopałam się pod kołdrę i zasnęłam. Koszmar nie pojawił się drugi raz jak co noc. Miałam spokój...

 Rano zeszłam na dół do kuchni. Pani Holland (gosposia) właśnie przygotowywała śniadanie dla Revee i Pana Ankha. Jak zawsze do szkoły jechałam samochodem wraz z Revee, więc dziewczyna szybko zleciała na dół z torbą na ramieniu uśmiechając się do gosposi witając się z nią. Ucałowała ją w policzek, a mnie przytuliła.
 Usiadłyśmy przy stole, a gosposia podała nam gofry z bitą śmietaną. Revee uśmiechnięta westchnęła i zaprosiła panią Holland do stołu, ale ta odmówiła.
-Wiem gdzie jest moje miejsce kochanie.
-Och! Niech pani nie opowiada bzdur! Proszę z nami usiąść jak z rodziną.
-Nie należę do tej rodziny. Ja tu tylko gotuję kochanie.
-Ale jest pani dla mnie jak mama, a za razem jak kochana babcia. Więc jest pani dla mnie ważna, niech pani usiądzie.-Revee nadal nalegała, aż w końcu zszedł pan Ankh także uśmiechnięty.
-Proszę usiąść pani Holland.-Wskazał na krzesło pan Ankh.
-Proszę!-Odezwała się Revee ponownie robiąc słodkie oczka.
-No dobrze,dobrze.-Pani Holland poddała się i zasiadła z nami przy stole.
Rozmowa między panem Ankhiem a panią Holland, a także Revee sprawiła, że zniknęłam szybko niezauważona na zewnątrz. Wysłałam tylko SMS-a Revee, że czekam w samochodzie. Ona szybko wyszła z domu żegnając się z gosposią i swoim ojcem po czym zjawiła się ze mną w samochodzie.
-No to jedziemy.-Poklepała w kolana.
-Jedziemy.-Szepnęłam.
Kiedy wjechałyśmy na parking dopadła nas Kat. Oczywiście czekała na nas, a teraz poczeka na Szrona, który jest jej chłopakiem.
Szron to umięśniony,przystojny jak każdy z zabójców dziewiętnastolatek który ma fioła na punkcie Kat. Mówi do niej Kitty Kat.
 Za słodko, prawda?
 Nie lubiłam zakochanych par. Działały mi na nerwy. W ogóle te dzieciaki tutaj, siedemnastolatki zachowujące się tak, jakby wiedziały wszystko i myślą że są fajne. Nie mówię tu o sobie. Jestem inna - wszyscy w tej szkole to wiedzą. Ale nie jestem w ten sposób nielubiana. Mam dużo znajomych, ale nie mam z nimi dobrych kontaktów. Tylko moje dziewczyny, a także Szron i Bronx są dla mnie bardzo ważni. Moja mała rodzina. Przyjaciele.
Szron podjechał z Bronxem i Davem na parking na swoich motorach z najwyższej półki. Kat tylko patrzyła się na Szrona oddychając szybciej nie mogąc się doczekać jego ust, dotyku...Łee.
Skoczyła na niego kiedy szedł w jej stronę. Przyjrzałam im się. A oto proszę państwa najpiękniejsza para na świecie. Kompletne przeciwieństwa, ich kłótnie są o nic, potem cudownie się godzą. Nie są idealni, ale i tak zazdroszczę troszkę szczęścia tej dwójce.
-Prawda, że słodcy?-Westchnęła Revee.
-Mhm.-Mruknęłam zamykając po chwili samochód lekko trzaskając drzwiczkami.
-Nie masz uczuć do samochodów.-Zaśmiała się Revee.
-A ty masz? To tylko bryka.-Wzruszyłam ramionami.
-Tak, ale wiem, że lubisz ten samochód.
-Lubię. Bardzo. Ale nie jestem jak facet. ''Kocham go bardziej niż własną dziewczynę''.-Zacytowałam Gavina, jednego z zabójców.
Dziewczyny nazywały go bogiem seksu. Pociągający? Dla mnie ani trochę. Ale przyciągał każdą laskę jak magnez - tylko nie mnie. Prawda, że jestem dziwna?
Bronx podszedł do Revee. Podobała mu się od niepamiętnych czasów. Jednak oni są dosyć skomplikowani. Byli razem dwa razy, ale zawsze kiedy to Bronx ją odzyskał, po jakimś czasie z nią zrywał. Bronx, tak myślę, że dorósł do tego by z nią być, ale... Pan Ankh nie chce, by z nią był. Kolejny nadopiekuńczy tatulek który decyduje o życiu towarzyskim swojej córki? Odpowiedź brzmi tak.
-To co? Idziemy?-Odezwała się Revee uwalniając się od wzroku Bronxa.
Szron i Kat obudzili się wreszcie i przestali się całować. Uśmiechnięci ruszyli razem do szkoły, a za nimi podążyłam ja,Szron i Bronx. Revee poszła z nimi podziwiając ich związek pod każdy możliwym kątem, a ja i chłopaki rozmawiając cicho o treningach i mroźnej zimnej, tajemniczej nocy dreptaliśmy za nimi.
>