Coraz częściej śniłam o wypadku, w którym zginęli moi rodzice i młodsza siostra. Przeżywałam na nowo ten moment, kiedy nasz samochód koziołkował.Dźwięk metalu zgrzytającego o asfalt. Bezruch, kiedy już było po wszystkim i tylko ja zachowałam przytomność... i być może życie.
Próbowałam rozpaczliwie uwolnić się od pasa, chcąc za wszelką cenę pomóc małej Emmie. Jej głowa była wykręcona pod dziwacznym kątem. Policzek mojej matki wyglądał niczym przecięta nożem szynka bożonarodzeniowa, a ciało ojca zostało wyrzucone z samochodu.Panika ogłupiła mnie całkowicie;uderzyłam głową o ostry kawałek metalu. A potem pochłonęła mnie ciemność.
Widziałam jednak w snach, jak matka unosi powieki.W pierwszej chwili była zdezorientowana.Jęczała z bólu i próbowała zrozumieć cokolwiek z tego chaosu, który ją otaczał.
W przeciwieństwie do mnie, nie miała problemu z pasem; uwolniła się z niego i odwróciła; jej spojrzenie spoczęło na Emmie. Po policzkach zaczęły jej płynąć łzy.
Popatrzyła na mnie i westchnęła, potem wyciągnęła rękę, a jej drżąca dłoń spoczęła na moim kolanie.Odniosłam wrażenie, że przepływa przeze mnie strumień ciepła, dodając mi sił.
-Alicjo! - zawołała, potrząsając mną.-Ocknij się...
Usiadłam gwałtownie.
Dysząc ciężko zalana potem rozejrzałam się w okół. Zobaczyłam ściany pokryte kością słoniową i złotem, pomalowane na kościste wzory. Zabytkową komodę. Puszysty biały chodnik na podłodze. Mahoniowy stolik nocny z lampą od Tiffany'ego stojącą obok zdjęcia rodziców. Leżałam na swoim wielkim, miękkim łóżku a przy mojej głowie leżał Killer, mój wielgachny puszysty czarny kot.
Znajdowałam się w swojej sypialni.Bezpieczna.
Sama.
Serce waliło mi o żebra, jakby chciało się uwolnić z piersi. Stłumiłam w sobie wspomnienie koszmaru sennego i przesunęłam się na brzeg łóżka, żeby wyjrzeć przez wielkie wykuszowe okno i odzyskać poczucie spokoju.Pomimo wspaniałości widoku - ogrodu pełnego jasnych,bujnych kwiatów, które zdołały jakoś rozkwitnąć w chłodnej październikowej pogodzie - poczułam ucisk w żołądku. Noc trwała w najlepsze, a wraz z nią lęki.
Mgła, która zbierała się od wielu godzin na horyzoncie w końcu zaczęła się rozlewać, podpełzając coraz bliżej okna. Księżyc, okrągły i pełny, płonął oranżem i czerwienią, jakby jego powierzchnia została zraniona i teraz krwawiła.
Wszystko było możliwe.
Zombi wyszły tej nocy na łowy.
Moi przyjaciele gdzieś byli w ciemności i walczyli z tymi istotami. Nienawidziłam siebie za to, że zasnęłam w takim momencie. A jeśli jakiś łowca potrzebował mojej pomocy?Wzywał mnie?
Kogo chciałam oszukać? Nikt by mnie nie wezwał, bez względu na to, jak bardzo byłabym potrzebna. Po prostu ostatnio zombi ugryzło mnie w rękę. Byłam skażona. Mogłam się zmienić w to coś, w te istoty ciemności i zła. Ale przecież jest coś takiego, jak antidotum. Użyto go na mnie, dzięki czemu nie zamieniłam się w zombi.
Chodziłam po pokoju, drepcząc cichutko. Nie chciałam obudzić pana Ankha, no i Revee. Pan Ankh był lekarzem, a za razem moim opiekunem. Kiedyś przyjaciel mojego taty... A Revee? To jego córka. Ładna, zgrabna, delikatna i kruchutka.O rok młodsza ode mnie. Była moją przyjaciółką, jednak nie miała pojęcia o zombi. Pan Ankh zabronił jej o czymkolwiek mówić. Mamy ją chronić (tzn. zabójcy). Jestem to winna panu Ankhowi, ponieważ przygarnął mnie kiedy mój dom spłonął. Nie wiem kto był sprawcą, nikt nie wie. Obwiniany jest Justin, piętnastoletni chłopak. Niewinny... Na takiego wygląda. Ale wszyscy zabójcy wiedza jak jest. Jak było.
Dopiero o czwartej zdołałam zasnąć. Zakopałam się pod kołdrę i zasnęłam. Koszmar nie pojawił się drugi raz jak co noc. Miałam spokój...
Rano zeszłam na dół do kuchni. Pani Holland (gosposia) właśnie przygotowywała śniadanie dla Revee i Pana Ankha. Jak zawsze do szkoły jechałam samochodem wraz z Revee, więc dziewczyna szybko zleciała na dół z torbą na ramieniu uśmiechając się do gosposi witając się z nią. Ucałowała ją w policzek, a mnie przytuliła.
Usiadłyśmy przy stole, a gosposia podała nam gofry z bitą śmietaną. Revee uśmiechnięta westchnęła i zaprosiła panią Holland do stołu, ale ta odmówiła.
-Wiem gdzie jest moje miejsce kochanie.
-Och! Niech pani nie opowiada bzdur! Proszę z nami usiąść jak z rodziną.
-Nie należę do tej rodziny. Ja tu tylko gotuję kochanie.
-Ale jest pani dla mnie jak mama, a za razem jak kochana babcia. Więc jest pani dla mnie ważna, niech pani usiądzie.-Revee nadal nalegała, aż w końcu zszedł pan Ankh także uśmiechnięty.
-Proszę usiąść pani Holland.-Wskazał na krzesło pan Ankh.
-Proszę!-Odezwała się Revee ponownie robiąc słodkie oczka.
-No dobrze,dobrze.-Pani Holland poddała się i zasiadła z nami przy stole.
Rozmowa między panem Ankhiem a panią Holland, a także Revee sprawiła, że zniknęłam szybko niezauważona na zewnątrz. Wysłałam tylko SMS-a Revee, że czekam w samochodzie. Ona szybko wyszła z domu żegnając się z gosposią i swoim ojcem po czym zjawiła się ze mną w samochodzie.
-No to jedziemy.-Poklepała w kolana.
-Jedziemy.-Szepnęłam.
Kiedy wjechałyśmy na parking dopadła nas Kat. Oczywiście czekała na nas, a teraz poczeka na Szrona, który jest jej chłopakiem.
Szron to umięśniony,przystojny jak każdy z zabójców dziewiętnastolatek który ma fioła na punkcie Kat. Mówi do niej Kitty Kat.
Za słodko, prawda?
Nie lubiłam zakochanych par. Działały mi na nerwy. W ogóle te dzieciaki tutaj, siedemnastolatki zachowujące się tak, jakby wiedziały wszystko i myślą że są fajne. Nie mówię tu o sobie. Jestem inna - wszyscy w tej szkole to wiedzą. Ale nie jestem w ten sposób nielubiana. Mam dużo znajomych, ale nie mam z nimi dobrych kontaktów. Tylko moje dziewczyny, a także Szron i Bronx są dla mnie bardzo ważni. Moja mała rodzina. Przyjaciele.
Szron podjechał z Bronxem i Davem na parking na swoich motorach z najwyższej półki. Kat tylko patrzyła się na Szrona oddychając szybciej nie mogąc się doczekać jego ust, dotyku...Łee.
Skoczyła na niego kiedy szedł w jej stronę. Przyjrzałam im się. A oto proszę państwa najpiękniejsza para na świecie. Kompletne przeciwieństwa, ich kłótnie są o nic, potem cudownie się godzą. Nie są idealni, ale i tak zazdroszczę troszkę szczęścia tej dwójce.
-Prawda, że słodcy?-Westchnęła Revee.
-Mhm.-Mruknęłam zamykając po chwili samochód lekko trzaskając drzwiczkami.
-Nie masz uczuć do samochodów.-Zaśmiała się Revee.
-A ty masz? To tylko bryka.-Wzruszyłam ramionami.
-Tak, ale wiem, że lubisz ten samochód.
-Lubię. Bardzo. Ale nie jestem jak facet. ''Kocham go bardziej niż własną dziewczynę''.-Zacytowałam Gavina, jednego z zabójców.
Dziewczyny nazywały go bogiem seksu. Pociągający? Dla mnie ani trochę. Ale przyciągał każdą laskę jak magnez - tylko nie mnie. Prawda, że jestem dziwna?
Bronx podszedł do Revee. Podobała mu się od niepamiętnych czasów. Jednak oni są dosyć skomplikowani. Byli razem dwa razy, ale zawsze kiedy to Bronx ją odzyskał, po jakimś czasie z nią zrywał. Bronx, tak myślę, że dorósł do tego by z nią być, ale... Pan Ankh nie chce, by z nią był. Kolejny nadopiekuńczy tatulek który decyduje o życiu towarzyskim swojej córki? Odpowiedź brzmi tak.
-To co? Idziemy?-Odezwała się Revee uwalniając się od wzroku Bronxa.
Szron i Kat obudzili się wreszcie i przestali się całować. Uśmiechnięci ruszyli razem do szkoły, a za nimi podążyłam ja,Szron i Bronx. Revee poszła z nimi podziwiając ich związek pod każdy możliwym kątem, a ja i chłopaki rozmawiając cicho o treningach i mroźnej zimnej, tajemniczej nocy dreptaliśmy za nimi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz