czwartek, 18 września 2014

Od Alicji


 Usiedliśmy na krzesłach w podziemiach, tam znajdowała się nasza wielka sala treningowa. Usiedliśmy wszyscy razem na krzesłach i zamknęliśmy oczy. To było jak zasypianie... tylko, z tym że my przenosiliśmy się do drugiego ''ja''. Zombi wyszły do lasu, a każdy z nas miał się na baczności. Każdy z nas musiał mieć swojego partnera, lub dwie osoby w razie nagłego napadu tych złych dusz. Zapach rozkładu dalej można było wyraźnie wyczuć. Uciekałam wzrokiem od większości zabójców by nie dostać wizji i nie rozproszyć nikogo.
Znaleźliśmy się w lesie, tam, gdzie nasz duch chciał się znaleźć. Druga ja mówiła mi, gdzie mogę znaleźć zombi, więc jakby teleportowano mojego ducha do tego miejsca, gdzie mogą się zaraz zjawić przebrzydłe istoty. Martwiłam się trochę o moją babcię, a nawet bardzo. Ale jak w każdym domu jest Linia Krwi, czyli jakby niezniszczalna tarcza. Krew jest zabójców, tak chronimy wszystkie domy ludzi w mieście.
Za sobą usłyszałam szelest. Od razu zareagowałam, nie sięgnęłam po nóż który zapięty był przy moim udzie. Zatarłam ręce i pojawił się biały ogień. Jeśli jeden z zabójców miałby pomarańczowy odcień ognia, czy czerwony, to znaczy,że ten jest skażony przez zombi.
Odwróciłam się i...
 Zobaczyłam tego nowego. Zgasiłam płonące dłonie i przewróciłam zła oczami a zarazem byłam lekko zaskoczona. Przecież nie należy do nas, co robi więc tutaj?
Może jego duch także go tu przeniósł?
-Co ty tu robisz?-Warknęłam.
-Może grzeczniej?-Westchnął.
Przewróciłam oczami i przedstawiłam się, ale nadal byłam lekko zdenerwowana tym, że się tutaj pojawił.
-Ash.-Odpowiedział trochę zaskoczony, że znalazł się tutaj.
-Tak wiem jak się nazywasz.
-Skąd?
-Mój szef mi powiedział. Będąc zabójcą powinieneś wiedzieć, że szefowie wiedzą wszystko o innych zabójcach, no, miej więcej. Tyle ile powinni wiedzieć.
-Zapomniałem.
-Domyśliłam się.-Parsknęłam.-Dobra, przylazłeś tu po co?
-Nie wiem, nie chciałem się tu znaleźć.-Powiedział lekko zszokowany.
-Mam nadzieję, że wiesz jak wzniecić ogień.
-Wiem na pewno więcej od ciebie i umiem więcej od ciebie.
-Nie wyglądasz mi na wrednego chłopca.-Mruknęłam słodkim głosikiem.
-A ty wyglądasz na taką. I jesteś taka, jeśli dobrze wnioskuję z naszej przemiłej rozmowy.
-Oczywiście może się tak wydawać. Tylko, że u mnie nie ma miejsca na uczucia i miłe rozmowy.
-Mhm, czyli maszyna do zabijania?
-Nie. Miałam trudne dzieciństwo. Nie będę ci o tym opowiadać, lepiej znikaj stąd bo jeszcze cię jeden z zombiaków zaatakuje i będę musiała ratować ci tyłek.
-Pewnie będzie na odwrót.-Uśmiechnął się złośliwie.
-Mmm, jednak nie jesteś takim grzecznym chłoptasiem.
-Nie twoja sprawa.
-Chłopak z dobrego domu? Wiedziałam. Poza tym, nie wiem czemu przestałeś wykonywać swój obowiązek bycia zabójcą, nie obchodzi mnie to. Ale wiesz, że będziesz musiał zmagać się z tym co kolejny atak zombi, nie powstrzymasz tego. To jest twoja natura, będziesz nam przeszkadzał cały czas. A jak wywali cię w wir walki to co zrobisz? Wyjdziesz ranny? Radziłabym ci coś zrobić bo może i (tak myślę) nie polubiłabym cię, ale wiem jak jest, wiem jak będzie. A wątpię, że twoja dziewczyna coś takiego by przeżyła.
-Co cię obchodzi moje życie?
Westchnęłam i pokręciłam głową.
-Tylko zawracasz mi głowę. Idź sobie, zaraz tu będą.
-Nie chcę z nimi walczyć.
-Domyśliłam się. Tylko kiedyś nadejdzie taki moment, że za tym albo zatęsknisz, albo twój duch zacznie umierać. Bo myślę, że nie powiedziano ci, albo nie pamiętasz, czym żywi się twój duch.
Spojrzał na mnie zaskoczony.
-Ech... Nie pamiętam...
-Mhm. Żywi się śmiercią zombi, karmisz swojego ducha, swojego drugiego siebie, regenerujesz jego siły, a jeśli tego nie robisz on powoli umiera, powolutku. Jeśli on umrze, ty stracisz uczucia, to co masz w sercu. Ja wykonuje swój obowiązek zabójcy, bo mam jeszcze to bijące serce swojego ducha. Nie chcę siebie zabijać. Rób co chcesz,ale doskonale wiesz że kiedyś nadejdzie taki dzień, kiedy będziesz musiał walczyć.
-Nie nadejdzie. Mówisz głupstwa.
-Ty tak uważasz.
-Możemy o tym nie gadać?
Zamilkł i zamknął oczy.
Otworzył je i spojrzał na mnie zaskoczony.
-Czemu... nie mogę wrócić?
-Ech...-Westchnęłam.-Nie wiem. Muszę iść i pozabijać kilka zombiaków.
-Co mam zrobić by wrócić!?-Krzyknął w moją stronę. Zaczęłam się oddalać.
Podeszłam do niego i wpuściłam głowę.
-N-I-E W-I-E-M. Popilnuj ubrań i czekaj na cud?
-Jesteś najgorszą osobą, jaką widziałem.
-Jestem taka tylko w postaci... takiej. Jako duch. To inna ja, ta gorsza.
-Czyli jako człowiek jesteś milutka i potulna?
-Nie aż tak miła.Musze iść.
-Słuchaj... Musze wrócić. Nie chcę walczyć, narażać siebie czy kogokolwiek, bo jeśli zombi mnie zaatakuje i ugryzie to moja dziewczyna dowie się o wszystkim. O tym kim jestem. Nie wiem czy coś takiego zniesie. Nie chcę by cierpiała, a też nie chce być kimś takim jak ty, bo nie umiem do tego wrócić, nie chcę. Więc powiedz mi jak mogę wrócić... Proszę?
Coś mnie dotknęło. No dobra, odezwało się moje ciało i mój rozsądek, przedarłam się ta ludzka ja i zaczyna mną trząść, mówić, co mam zrobić. Tylko problem był w tym, że nie wiedziałam jak mu pomóc....
-Nie wiem jak ci pomóc. Naprawdę. Nie robię teraz tego bo chcę cię wkurzyć... Nie wiem co zrobić, zwykle zamykam oczy, i jestem. Zawsze tak miałam, teraz naprawdę nie wiem co masz zrobić. Mój szef wiedziałby co musisz zrobić... ale nie wiem czy chcesz widzieć się z tyloma zabójcami i zombi, bo najpierw trzeba im pomóc. Nie mogę już z tobą rozmawiać.
Nie wiem czy za mną ruszył. Jego wybór. Ja musiałam pomóc innym. Tylko... potem tego żałowałam. Bardzo...
 Ból, cierpienie.
 To było najpierw...
 Potem... Tylko ciemność i mój krzyk.
 Otworzyłam oczy. Byłam na sali treningowej otoczona zabójcami. Nie widziałam ich twarzy, nie wiedziałam kto umarł,kto przeżył ani kto nade mną stoi. Pan Ankh zajął się mną od razu, ale czułam, że coś się ze mną stało. Nie wiem co to było. Siedziałam na sali treningowej na krześle słysząc tylko rozmowy zabójców. Widziałam tylko buty Asha, które rozpoznałam z niewiadomej przyczyny. Po prostu, tak skojarzyłam ,że takie miał w lesie. Rozmawiał z Bronxem, szefem, a moim przyjacielem. Przejął się moim stanem ale reszta nie bardzo. Co ja powiem Kat? Babci? Revee? Kat mnie udusi, a Revee jej pomoże. A moja babcia? Tylko będzie jej przykro i jak zwykle cieszyła się że żyję po kolejnym ataku.
-Alicjo...-Odezwał się Bronx.
Podniosłam głowę, ale zaraz światło poraziło mnie i spuściłam głowę. Milczałam.
-Nie możesz dalej walczyć. Odpoczniesz.
-Ile...?
-Rok. Może więcej.
-Słucham...?!-Byłam oburzona. Próbowałam podnieść się z krzesła, ale to był zły pomysł. Głowa mocniej mnie bolała.-Przepraszam.-Szepnęłam i złapałam się za głowę.-Miesiąc. Tylko miesiąc... Musze ćwiczyć... Miesiąc...
-Nawet nie wiesz co ci dolega.
Westchnęłam ale zaraz potem zaczęłam go prosić, by to był tylko miesiąc. Niestety. Przystał tylko na 3 miesiącach. Siedziałam na krześle dalej, słuchając rozmowy Bronxa i Asha, który nagle zjawił się CIELEŚNIE na sali. Zdziwiona tym, jakie Bronx ma umiejętności, siedziałam już cicho. Widocznie umiał przenosić ciała zabójców. Nie wiem co mi jest, a nawet wam powiem, że jestem w totalnym szoku...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

>