poniedziałek, 22 września 2014

Od Alicji

 Opierałam się o maskę mojego volvo patrząc na swoje czarne nowiutkie trampki. Nigdy nie miałam innych butów, no... Nie licząc takich okropnie zimnych zim które są silniejsze ode mnie, sprawiają, że muszę założyć jakieś zimowe buty, kiedy śnieg jest prawie do kolan. Jednak na razie jest październik... dzięki Bogu! 
 Revee przydreptała do mnie od razu po lekcjach, musiałam czekać na nią godzinę. Plus był taki, że chociaż mogłam posiedzieć w spokoju bez trajkoczącej, kochanej przyjaciółki nad uchem choć godzinę, bo w domu to jest nie możliwe. 
 Revee nie przyszła sama, tylko z Adą. Ta uśmiechnęła się śmiało i podała mi rękę przedstawiając się. Revee tylko spiorunowała mnie wzrokiem, bym była miła, a ja tylko zesztywniałam podając jej powoli rękę. Patrzeć uczciwej dziewczynie w oczy, dziewczynie która jest ze swoim chłopakiem tak szczęśliwa... A my dostaliśmy takiej wizji na dodatek razem... Ja i Ash... 
Otrząsnęłam się i spuściłam wzrok. Nie wiedziałam gdzie go mogę podziać. Było mi naprawdę głupio. Dobrze, że nic o tym nie wie i się nie dowie... prawda...?
 Mam nadzieję, że Ash jej nie powie. Nie chcę zniszczyć tego związku. 
 Zostałabym znienawidzona przez obojga. 
 Ale... Przecież ona i tak nie wie o istnieniu zombi,zabójców i nie wie o niczym co jest związane z czymkolwiek w sprawie zombi... z wizją. Czyli Ash nie może nic mówić Adriannie... Uf! Kocham te zasady! Co by bez nich było!
-Alicja.-Odpowiadam po niespełna kilku krótkich minutach milczenia z mojej strony kiedy ściskam nerwowo dłoń dziewczyny.
-Coś nie tak?-Spytała.
 Tak, stało się Adrianno... Coś, czego żałuję... Wybaczysz mi kiedyś?
-Nie.-Pokręciłam głową.
-Dobrze!-Klasnęła w dłonie Revee.-Teraz zabieramy ją ze sobą.
-Okay. A cóż się stało, że z nami jedziesz?-Spytałam uśmiechając się na siłę udając normalną. I tak sprawiłam już wrażenie nienormalnej... czy nie?
-Ash mnie unika.-Wzruszyła ramionami.-A raczej naszych spotkań.
-Będzie dobrze.-Zapewniła ją Revee i przytuliła.
-Tak, na pewno to jakieś problemy rodzinne czy coś.Uwierz mi, że będzie dobrze. Na pewno.-Odezwałam się i nawet zabrzmiałam przekonująco, bo dziewczyna się rozpromieniła.
-Tak. Masz rację. Albo coś innego się stało. Tylko nie chce ze mną gadać...
-To facet.-Machnęła ręką Revee.-Musi czasem pogadać sam ze sobą.
-Ale nie chciał z tobą jechać?-Zapytałam ciekawa. Przecież naraża ją z każdą sekundą na niebezpieczeństwo. Może jego duch się odzywa...? 
 Bardzo możliwe. Jego duch jest jego przeciwieństwem. Czyli coś typu niegrzeczny chłopiec, lub coś takiego. Jeśli jako człowiek już jest taki ''niegrzeczny'' czy coś, to jako duch jest taki sam. Dziwne, ale to prawda. Ja jako człowiek jestem grzeczna,ułożona i w ogóle. A jako duch? Istne piekło ze mną, jeśli ktoś mi podpadnie. Czyli złośliwa,wkurzająca do bólu,cyniczna...
-Ja nie chciałam. Powiedziałam, że pojadę z wami. Chyba, że masz coś przeciwko?-Wzruszyła ramionami Ada.
-Nie,nie mam. -Odparłam.-To wielka... przyjemność.
-Okay.-Mruknęła Revee.-Siadaj za kółko.
-Och... tak tak. Chwilę... Poczekajcie.
Odeszłam od samochodu i bez problemu znalazłam Asha. Wyjątkowo z nim pogadam, przecież tak nie można.
Na mój widok zesztywniał i ja tak samo. Odsunęłam się odruchowo z niewiadomych przyczyn. Mój duch mówi mi ''Nie! Wizje to same kłamstwa a ja znajdę ci lepszego!'' 
 Pieprz się. Nie po to tu przyszłam, żeby go podrywać!
-Co jest?-Zapytałam.
-Nic.-Spuściłam wzrok kiedy na mnie spojrzał.-A co?
-Rozmawiałam z Adą. Co jest?-Powtórzyłam rządna odpowiedzi.
-Po prostu po tej wizji nie mogę na nią patrzeć.
-To twój duch... z moim... No... Wiesz...-Nadal nie podnosiłam wzroku a na domiar złego czułam na sobie jego przenikliwy wzrok.
-Ale i tak czuję się jakbym ją zdradził. Bo to zrobiłem. Mój duch z twoim. Moja część mnie z twoją częścią siebie. 
-Ash, nie bierz tego do siebie. To tylko wizja na miłość boską! Kochasz ją i nie psuj tego. 
-Kocham...-Szepnął.
-Ehm... Tak... Tak! Kochasz! Nie sprawiaj jej przykrości... Bólu... 
Ash się wkurzył, kiedy ciągnęłam o tym, jakie to bolesne i w ogóle. Nie zrozumiałam tego. Był nerwowy, a nawet lekko się go wystraszyłam co nie było u mnie zbyt częste. 
-Nie wiesz co to znaczy utracić kogoś z miłości. Nie wiesz! A stracić ją to jest jak... Jak... Jakbym utracił samego siebie! Wiem, że to jest taki typ miłości, może przechodzi, ale ona nie przejdzie do póki sama mnie nie rzuci, nie da do zrozumienia, że mnie nie chce. A ty nic nie wiesz o takiej miłości. Może twój chłopak zginął, ale z własnej głupoty. Chciał umrzeć z łap zombi? Okay, zginął. Nie ma go i nie wróci przemienił się w jedno z zielonych zgniłych martwych ludzi którzy teraz chcą cię zabić a ty? Nawet byś nie strzeliła mu w łeb. Bo go kochałaś? To nie była prawdziwa miłość jeśli nie brał ciebie pod uwagę. Ja biorę Adę pod tą uwagę. Nie kochał cię. Dla niego pewnie była ważna tylko walka nic więcej jeśli zrobił coś takiego, jak mi opowiadałaś. Nie martwił się tobą, kiedy zombi atakowały ciebie, chciał dalej zabijać.
 Bez słowa, ze łzami w oczach miałam ten obraz przed oczami, kiedy zombi wysysały życie z Zeda a potem zaciągały go do gniazda, gdzieś za wielkim lasem... On po prostu stał się taki jak to co chcę zabijać. Ash miał rację... Nie kochał mnie i tyle. Udawał. Przecież miał każdą. A Victoria? To jego była która tylko czekała na okazję kiedy będzie sam... Nie ukrywajmy, że kiedy był ze mną zdradzał mnie z nią nie raz. A ja nie miałam serca by z nim skończyć. On skończył ze mną kilka minut przed walką mówiąc, że kocha kogoś innego. A że jego czas spędzony ze mną był najlepszy w jego życiu, kochał mnie, ale już nie. To minęło... Miałam dość.
Odbiegłam zalana już łzami. Wsiadłam do samochodu mijając Adę i Revee które wyraźnie się zagadały. Odjechałam mając gdzieś w tym momencie dziewczyny. Z piskiem opon odjechałam zdenerwowana słysząc przez otwarte okno krzyk Revee.
-Nie możesz teraz odjechać! Ali!
 Nie mogłam jeździć w takim stanie. Już raz miałam wypadek, dwa lata temu. Miałam kłótnię z Zedem... Wsiadłam do samochodu który zabrał Zed rodzicom za moim pozwoleniem i... Nerwy wzięły górę. Po prostu skręciłam kierownicą w las, w drzewa... huk... No i nic. Ciemność. Obudziłam się ze złamaną ręką w szpitalu.
 Teraz nie dopuszczę do żadnego wypadku. Nie teraz, już nie. Dam radę... 
Zawsze miałam problemy z gniewem. Ale udało mi się go kontrolować od trzynastego roku życia. Kiedy moi... rodzice... jeszcze żyli... 
 O matko...
 Moi rodzice... Śmierć...
 Zjechałam na leśną drogę gdzieś w środek lasu. W sumie ryzykowałam tym, że zombi się pojawią, ponieważ było ciemno, a dziś kończyłam o siedemnastej. W Ameryce już teraz jest dosyć ciemno. Nie przejmowałam się tym teraz. Zombi jak zombi, trudno. Dam radę uciec, na nogach albo na kółkach tej czarnej starej fury...
 Zatrzymałam się i przesiadłam na miejsce z tyłu. Położyłam się i skuliłam. Śmierć rodziców... Emmy... mojej kochanej Emmy... Zeda... którego nienawidziłam, ale jednocześnie kochałam... Kiedyś go kochałam. Teraz tylko łzy spływały mi na myśl o jego śmierci bo... widziałam co zombi z nim robią. Niewyobrażalny ból... Jak rozszarpywały moją mamę, siostrę... Ja zaszyłam się w najciemniejszym kącie samochodu, tak by mnie nie znalazły i nie rozszarpały jak rodziców i siostrę. 
 Teraz nie miałam ochoty się ruszyć i wracać do domu. Tylko leżałam na tylnych siedzeniach oddychając miarowo, słysząc w tej przyjemnej ciszy tylko bicie swojego serca. Nie wychodziłam z ciała, ponieważ skończyłam z zabójcami. Z tą pracą. Teraz i tak tylko dorabiam w kawiarni... A tutaj? W lesie? Jestem nadal sobą. Tak jak w szkole... w domu... w mieście... wszędzie. Jestem dalej sobą. Moja dusza śpi, zapadła w głęboki sen, a teraz ja mam spokój. Na dobre. Teraz tylko mogę zasnąć i spaść w nicość. Chcę do rodziców. Nie chcę już być sama, żyć wspomnieniami i okrutną rzeczywistością. Chcę zostać w tym pięknym lesie... żyć tu... Mieszkać... Sama? Nie wiem. Na razie jestem sama, więc chociaż od samotności zacznę...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

>