Siedziałam na ławce oglądając wieżę Eiffla.
Chciałabym tam kiedyś wejść... ale najgorsze jest to, że mam lęk wysokości. To mnie denerwuje. Nigdy nie wchodziłam na jakieś wieże, czy coś. Zawsze się bałam. Jak byłam mała spadłam ze ścianki spinaczkowej, chciałam być najlepsza z moich koleżanek i kolegów, którzy wyprzedzali mnie o głowę. Kiedy przyśpieszyłam tępo wspinania się, spadłam prosto na ziemię. Moja mama, która trzymała linę została potrącona przez jedno z dzieci które biegały nieupilnowane przez nauczyciela... skończyłam ze złamanym żebrem i ręką. Spadłam z dość wysoka, bo byłam prawie na górze. Jako dziecko miałam dość wysokie ambicje, lubiłam być we wszystkim najlepsza. Zawsze, no... prawie zawsze mi to wychodziło. Z wiekiem czasu minęło mi to. A mianowicie, kiedy moi rodzice zginęli w wypadku. Wtedy przestałam się uczyć i miałam wszystko gdzieś. Teraz Cole ze mną zerwał i moje serce obróciło się w proch... Nie chciałam nic czuć, więc starałam się... no nie wiem... wyłączyć uczucia?
W tej chwili obiecałam sobie, że nigdy już do nikogo nic nie poczuję. Nie chciałam. Bałam się, a nawet przerażał mnie kolejny związek. Nie chciałam czuć czegoś takiego, lub co gorsza natrafić na faceta, który, tak jak Cole, będzie leżał w łóżku i obściskiwał się z jakąś laską a ja akurat trafię na ten moment, co złamie mi serce.
Co było najśmieszniejsze?
To, że zgubiłam się w Paryżu. Telefon zostawiłam w domu. Na szczęście miałam ze sobą portfel. Miałam co jeść, ale nie miałam gdzie spać. Spowodowało to zmęczenie.Jeszcze nie było tak źle, żebym mdlała ze zmęczenia, bo stanie 48 godzin na nogach to dla mnie nie nowość. Ale jeszcze dwa dni i padnę ze zmęczenia. Zatrzymałam się jedynie w jakimś hotelu i wyciągnęłam ze swojego konta pieniądze. Tyle, ile mi wystarczy na mieszkanie w hotelu i jedzenie. Nie wiem jak wrócę, nie pamiętałam żadnego z numerów swoich przyjaciół. Numer Cole'a był dla mnie niczym, to tylko cyfry, które stały się dla mnie tymi najgorszymi cyframi. Cole był najgorszy. Był zerem. Nikim. Dla mnie był właśnie nikim.
Wstałam z ławki zerkając na godzinę na zegarek. Pierwsza w nocy... Zasiedziałam się... ale co mi po tym? Dwa dni nie ma mnie w domu moich przyjaciół, przy czym stałam się jakby... odizolowana? Nie wiem, jak to nazwać. Po prostu byłam strasznie smutna. Nie czułam ciepła kogoś, kto mnie kocha bezgranicznie... ciepła przyjaciółki Kate... Bronxa... Nawet Asha. Teraz byłam sama. Paryż spodobał mi się od razu, miałam ochotę tu zamieszkać. Był piękny.
Kiedy doszłam do swojego pokoju w hotelu, padłam na łóżko i zalałam się łzami. Tak, jestem beksą. Jestem skończoną kretynką, jestem żałosna. Płaczę, bo się boję. Nie chcę być już więcej sama, nikogo stracić. A teraz? Teraz nie mam nikogo. Wyszłam nawet nie zastanawiając się, jak wrócę do domu. Nie wiedziałam jak nazywa się ulica na której mieszkałam z przyjaciółmi. Teraz mam tylko ten hotel, może i wygodny, czterogwiazdkowy... ale nie ma tu moich przyjaciół. Mojej ''rodziny''... Boję się być sama. Po ostatnich przeżyciach... Nie wytrzymam dłużej tej samotności... Chciałabym umrzeć.
Jakby moje prośby zostały wysłuchane, śmierć zapukała do moich drzwi wcześniej, niż sobie to wyobrażałam. Facet który mnie zgwałcił, powiadomił widocznie ludzi gdzie idzie, i co zamierza zrobić. Wiedział też, że jestem cenna dla Cole'a... byłam cenna. Teraz Anima nas nie śledzi... Nie śledzi zabójców. Mnie może śledzić. Dalej myślą, że mnie i Cole'a coś łączy. Na to wszystko wskazuje... lub nie... Nie... Może się mylę? Tak. Na sto procent. Może to Kat lub Ash, może Szron, a nawet Bronx przyszli po mnie? Nie... skąd wiedzieliby o moim miejscu tymczasowego zamieszkania? Więc... kto to może być?
Obudziło mnie mocne walenie w drzwi mojego pokoju. To był hotel, nie łatwo było zwiać, ale też nie łatwo było kogoś zabić, czy uprowadzić. Jednak o tej godzinie ludzie śpią, a przez ściany nic a nic nie słychać, co było najgorsze w całym tym hotelu, bo w takich sytuacjach nie ma jak szukac pomocy.
Walenie w drzwi coraz bardziej mnie denerwowało, ale także przerażało. Wstałam i podeszłam do wizjera. Było na korytarzu ciemno, co mnie naprawdę zdziwiło. Nie otworzyłam drzwi, a pukanie do drzwi stało się głośniejsze i mocniejsze. Serce waliło mi głośniej niż pięść która uderzała w drewniane drzwi mojego pokoju. Przerażona do granic możliwości odsunęłam się od drzwi i wpadłam na ścianę. Teraz żałowałam, że nie mam telefonu, kontaktu z którymś z moich przyjaciół... Boże, tak się boję...
Nagle drzwi otworzyły się. Głupia nie zamknęłam drzwi! Uciekłam do łazienki i zamknęłam się w niej na klucz. Szybkie i mocne kroki zbliżały się do mnie, a ja nie miałam pojęcia co zrobić. Była czwarta nad ranem. Chciałam jakoś wyjść, ale mając pokój na jedenastym piętrze nie było to proste i całkiem możliwe.
-Ali-gator, otwórz drzwi... słoneczko...
O Boże...
To Cole!
-C...Co...Cole...?-Wydusiłam z siebie.
-Tak... tak,tak... to ja... Chodź. Czemu uciekasz?
-Przestraszyłeś mnie!-Krzyknęłam.
-Otwórz drzwi.
-Odsuń się. -Zażądałam.
-Okay...Okay...
Otworzyłam drzwi i zobaczyłam na środku korytarza Cole'a. Teraz nic do niego nie poczułam. Żadnej wizji, żadnych uczuć. Tylko nienawiść do jego osoby.
Kiedy stałam i patrzyłam się na niego podejrzliwie, rzucił się na mnie. Dosłownie. Przygwoździł do ściany i ścisnął moje nadgarstki. Przestawałam mieć czucie w dłoniach, krew nie dopływała mi do palców, przez co kompletnie straciłam czucie. Nie mogłam ruszać rękoma. Cole obrócił mnie i rzucił na róg ściany. Odbiłam się z dziwnym, przerażającym dźwiękiem łamanych kości, upadłam na ziemię a on podszedł do mnie i zaczął kopać w brzuch. Nie wiedziałam dlaczego to robi, ale nie miałam siły na nic. Tylko płakałam i krzyczałam, by przestał. Złapał mnie za włosy i rzucił na drugą stronę pokoju sprzedając mi kopniaka w to samo miejsce - brzuch.
-Ty suko... Myślałaś, że możesz mi powiedzieć... rzucam cię? Ja ci pokażę,co ja potrafię za takie coś zrobić...-Zaśmiał się i zaczął okładać pięściami.
Na szczęście obroniłam się rękoma, ale one też dużo wycierpiały przez jego okładanie.Podniósł mnie a ja ostatkami sił kopnęłam go kolanem w czułe miejsce i podbiegłam do stolika. Uderzyłam w jego głowę szklanym wazonem a ten padł. Wiedziałam, że nie na długo będzie nie przytomny, więc wyciągnęłam jego telefon. Ledwo co trzymałam się na nogach, płakałam, tak bardzo wszystko mnie bolało. Wybrałam numer pierwszy w jego telefonie, czyli imię na A. - Ash. Nie chciałam by Cole wyleciał z roboty, gdybym zadzwoniła po Bronxa,Szrona czy Kate, a nawet Revee czy kogokolwiek innego, wyleciałby. A jeśli chodzi o zabójców to jest w tym niezły.
Wybiegłam z mieszkania i zjechałam windą na dół. Założyłam tylko bluzę pośpiesznie i założyłam kaptur na głowę. Kiedy miałam dzwonić do Asha, nie mogłam. Brak środków na koncie... No nie! Zaryczana kupiłam w jedynym otwartym sklepie doładowanie. Wybrałam numer do Asha, a ten odebrał dopiero po drugim połączeniu. Nie spał, widocznie Bronx zabrał moich przyjaciół na trening czy coś, bo słyszałam echo, jakie jest w sali treningowej czy gimnastycznej.
-A... Ash...Ash!-Wycedziłam i usiadłam na schodach sklepu.-P...Pomóż... Pomóż mi... Proszę..
-Ali? Matko, gdzieś ty się podziewała?! W czym mam ci pomóc, gdzie jesteś?!
-Nie wiem... Ash... Proszę... Błagam cię... Cole... Co...Cole... Chciał chyba... Nie wiem... Przyjedź... błagaaaaam...-Zaczęłam znów płakać.
-Alicja! Powiedz mi gdzie jesteś, prosze... Przyjadę, oczywiście...
Rozejrzałam się i spojrzałam na tabliczkę z nazwą ulicy.
-To... La Prounce 24... Pro...Prosze przyjedź...Szybkoooo.. Ale sam...
-Zaraz będę. Czekaj. Nie ruszaj się... Ali, zrozumiałaś?
-Mhmmmm...
Rozłączył się pośpiesznie.
Siedziałam i czekałam na przybycie Asha. Płakałam i trzymałam się za obity brzuch. Rana na plecach wynikła z powodu obicia roku szklanego stołu, o który uderzyłam. Ash zjawił się tak szybko, jak to było możliwe. Zastanawiałam się, czy aż tak szybko jechał, czy było aż tak blisko do domu. Jednak... Chyba to pierwsze, bo gdyby było blisko szedłby pieszo. Przecież musiał wstąpić do domu po auto.
-Matko... Ali...-Podbiegł do mnie i pomógł wstać. Wsiadłam do samochodu a Ash przyśpieszył.-Co ci jest...? Co się stało?-Spytał albo zdenerwowany całą sytuacją, albo... nie wiem sama...
Nie wiedziałam, czy mu powiedzieć. Ale był jedyną osobą, której mogłam to wyjawić.
-Cole... Cole wtargnął do mojego mieszkania... Byłam wściekła, bo mnie zdradził... zerwałam z nim cztery dni temu... Ale... On jest wściekły na mnie, zawsze on zrywał z dziewczynami pierwszy, nie wiem... może o to mu chodziło...-Wszystko mówiłam z wielkim wysiłkiem, bo rany i siniaki, nawet bóle nie pozwalały mi na mówienie.-Ale on... rzucał mnie jak zwierzęciem... Po całym pomieszczeniu... Bałam się... Nie wiedziałam co mogę zrobić... Jest ode mnie silniejszy pięć, a nawet dziesięć razy... Nie wzięłam telefonu, nie miałam jak zadzwonić po nikogo... A on chciał mnie zabić... Chciał mnie okaleczać... Czułam, że miał przy sobie broń...
Zacisnął zęby, a ręce zacisnął na kierownicy.
-Gdzie jest ten hotel w którym mieszkałaś?
Wiedziałam, o co mu chodzi. Przerażona od razu pokręciłam głową.
-Nie... Nie powiem ci. Nie możesz tam iść.
-Dlaczego? Zamorduję go jak psa.
Znów zaczęłam płakać. Odwróciłam więc głowę, by nie widział moich łez. Zatrzymał samochód przed tym hotelem, jakby czytał mi w myślach który to.
-Hej... Co ci j...-Przekręcił moją głowę w swoją stronę. Byłam cała zalana łzami.
Znów zacisnął zęby i mruknął pod nosem ''zaraz wracam'' i trzasnął drzwiami. Wyszedł i nie było go dobre dwadzieścia minut. Skulona siedziałam na swoim miejscu pasażera i czekałam, aż przyjdzie. Kiedy wrócił nie miał ani jednej rysy na twarz, rękach... Nic.
-Nic ci już nie zrobi. Dopilnuję tego.
-Ash, nie... Nie możesz tak...
-Mogę. Mogę go zabić, kiedy będę chciał.
-Nie zabiłeś go?
-Nie. Ale trochę ma pogruchotanych kości. Masz wiele ran?
-Nie wiem...
-Wrócimy do domu. Wszyscy są poza miastem na ''odpoczynku''. Ćwiczą, bawią się... Pojechałem na dzień, ale kiedy zadzwoniłaś...
-Ale Cole może wrócić do domu...
-Wtedy złamię mu kark ostatecznie.
Ash przywiózł mnie do domu i od razu kazał mi zdjąć bluzę, a swoją koszulkę podwinąć. Zrobiłam to a na brzuchu miałam liczne siniaki. Ash syknął i znów zacisnął zęby, jakby miał ochotę zamordować kogoś, a raczej Cole'a.
-Odwrócisz się?-Spytał cicho.
Zrobiłam to, a on wtedy zauważył to średniej wielkości rozcięcie.
-Trzeba to przemyć.
Kiwnęłam głową a on wrócił z wodą utlenioną i bandażem. Kiedy zajął się raną, pokręcił głową nie dowierzając.
-Nie wiem jakim trzeba być chorym umysłowo, by tak ktoś potraktował dziewczynę.
Wstałam i rozryczałam się.
-Nie wiem co mam robić... Wszędzie ktoś mnie krzywdzi... Wszędzie ktoś do kogo mam zaufanie musi mnie skrzywdzić... Mam dość życia... Najpierw ktoś mówi, że mnie kocha, a potem zdradza i napada na mnie z pięściami... Mam dość tego bólu... Mam dość...
Stanęłam po środku pokoju i zasłoniłam twarz dłońmi. Ash podszedł do mnie i przytulił.
-Ile ich nie będzie?-Zapytałam.
-Około tygodnia.
-Zrobię prawo jazdy... spakuję się... i wyjadę... Zacznę wszystko od nowa. Zapomnę o wszystkich... Chcę nowe... szczęśliwe życie...
Ash westchnął i pogładził mnie po włosach.
-A ty... musisz znaleźć Adę. Nie poddawaj się... Nadal cię kocha i gdzieś tam w świecie jest... a ty... taka ślepuga papuga nie możesz tego dostrzec... Naprawdę, słuchaj się załamanej Alicji to wyjdziesz na prostą...-Uśmiechnęłam się i czułam, jak tracę grunt. Zemdlałam...