wtorek, 30 września 2014

Od Alicji

Minął miesiąc.
Siedziałam na łóżku w swoim pokoju wtulając się w mojego kocura. Mruczał jak zwykle głośno, a ja zamiast zejść lub cokolwiek pomóc, leżałam brzuchem do góry.
Zawsze pomagałam w domu. Pani Holland pracowała ciężko, a ja zwykle jej pomagałam. Dobrze się razem bawiłyśmy. Z moją babcią też nie spędziłam za dużo czasu. Kolejna rzecz którą muszę wykonać. Nazbierało się ich trochę.
Dziś wieczorem zjawią się zombi. Dziś moi przyjaciele idą na śmierć, by bronić ludzi. Mnie,Revee,moją babcię, samych siebie. A nawet świat chcą obronić przed atakami tych okropnych istot. A ja leżę. Ja śpię. Ja zapadam w tak cudowny sen...
Musze im pomóc.
Mój duch zaczął się wyrywać. Wychodził ze mnie bardzo powoli. Nie umiałam tego opanować. Niestety, moja duszyczka, mała część mnie zdołała być tak silna i wyskoczyć na powierzchnię. Wkroczyć w ten inny ciemniejszy świat. Chce otaczać się wśród swoich... Chce widzieć demony,te złe duchy, no i te dobre. Chce iść na pewną śmierć. Nie umie zasnąć. Nie może.
Ale ja mogę.

Mój duch dokładnie o dwudziestej drugiej wyszedł z ciała. Uśpił mnie po prostu. Zasnęłam, wcale tego nie chciałam. Kiedy zjawiłam się w ciemnym i przerażającym lesie... poczułam strach. Nie byłam tą samą dziewczyną, tą, kiedy bez problemu biegłam w wir walki i rozwalałam gnijące ciała zombi. Teraz... jestem sama. Czuję, że coś na mnie patrzy. Miliony oczu, miliardy... Smród rozkładu... słabszy, ale go czuję.
Dziś była dosyć ważna walka. Dużo zombi walczyło, więcej niż zwykle. Moi przyjaciele padali, powstawali jako zombi, albo umierali. Wygrywali, albo nie dawali rady i przegrywali.
Widziałam co się dzieje.
Dużo duchów pojawiało się co minutę i walczyło bezinteresownie wbiegając w wir walki. Chcieli pomóc. Chociaż pierwszy raz ich widziałam na oczy, a wiedziałabym, gdyby ktoś doszedł.
Tak zimno...
Okropnie zimno...
Czuję chłód...
 Nagle coś zaczęło na mnie biec. Drugie coś skakało po drzewach, jedno po drugim. Skrzeczało i warczało tak jak pierwsze coś. To zombi. Chcą mnie zaatakować.
 Ruszyłam przed siebie. Uciekałam jak najdalej od tego miejsca. Strach wziął górę. Teraz jestem tą słabszą Alicją. Nie radzę sobie z niczym. Ze strachem... także.
Nie jestem tą twardzielką,złośnicą... Jestem sobą.
 Uciekałam. Widziałam miliony duchów. Biegli do moich przyjaciół. Pomagać.
 Wpadłam na kogoś. Innego ducha. Krzyczałam, szarpałam się i waliłam pięściami jak o wysoki mur.
-Alicja?-Usłyszałam znajomy głos. Potem drugi. -Alicja, wszystko w porządku?
Podniosłam wzrok i ujrzałam Bronxa i Asha. Nie mogłam uwierzyć. Co robił tu Ash?
Kiedy usłyszałam okropny dźwięk łamanych kości i przerażający krzyk zombi wyrwałam się z mocnego uścisku któregoś z nich i ruszyłam przed siebie. Słyszałam ich nawoływania, ale ja biegłam.
Ludzkim tempem.
Byłam teraz duchem człowieka.
Tym bezradnym
Przerażonym do granic możliwości.
Jedno z zombi wpadło na mnie. Zaczęło kłapać zębiskami przed moją twarzą dosyć szybko. Ciemne duchy zbliżały się do mnie, chciały pomóc zombi.
One tylko chciały mnie ugryźć.
Szarpałam się, byłam tak słaba... Nie mogłam odepchnąć zombi.
-Pomocy!!!Bronx! Sasha! Cole! Szron! Ash! Diana!
Nikt się nie zjawił.
Byłam sama.
Poczułam okropny przeszywający ból.
Zasnęłam krzycząc.

 Obudziłam się w sali treningowej. Jak to...?
-Alicja...-Usłyszałam szept Bronxa.
-Ali!-Krzyknęła przerażona Kat. -Boże... ALI! Wyjdziesz z tego.... wyjdziesz... prawda...?-Mamrotała bez przerwy.
-Nie wiem...-Wyszeptał pan Ankh.
-Jak to pan nie wie?!~
-Kto z nią był?-Spytał Ankh.
-Ja.-Podniósł rękę Bronx a Ash lekko się wysunął nie odrywając wzroku od okropnej rany na brzuchu która powoli zaczęła gnić i wpuszczając ze mnie substancję... która mnie piekła,bolała,swędziała.
-Pomocy...-Szepnęłam.

 Po kilku godzinach nikt nie zniknął z sali treningowej. Przysłuchiwałam się rozmowie... Bronxa i Asha.
-Po co mnie tam sprowadziłeś?-Spytał Ash.
-Potrzebowaliśmy pomocy. Nie wiadomo gdzie zombi dziś się zjawiły. Były w mieście. Nie wiadomo ile osób ucierpiało.
-Co z Adą?!
-Wysłałem tam Dianę, ona doskonale wiedziała jak ma ją pilnować.
-Jest tu ta Diana?
-Może jest w szatni.
-Nic ci nie jest?-Spytał Ash.
Poczułam ciepły dotyk.
Zamknęłam oczy by nie doszło do kontaktu wzrokowego. Nie może zaistnieć żadna wizja. Wiem, że kiedy spojrzymy sobie  w oczy, wizja powróci. Inna, nowsza.
-Nie...-Powiedziałam ochrypłym głosem.
-Przepraszam, że nie zatrzymałem cię... ale Bronx kazał mi iść dalej...
-Nie przepraszaj. Rób co do ciebie należy.-Poklepałam go po ramieniu wymacując miejsce.
-Przep...
Straciłam przytomność...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

>