Minęło sporo czasu a ja zdążyłam się przyzwyczaić do całej sytuacji. Żyłam tak, jak powinnam. Bez zmartwień i bez jakichkolwiek problemów. Mogłam robić co chce, żaden przyjaciel mnie nie pilnował, bo połowa z nich nie żyje. Nawet nie wiem, czy Enzo do końca dobił Bronxa i resztę. Może zrobił to na pokaz, ale mimo tego i tak widziałam strach całej mojej grupy przyjaciół. Nie wiem czy siła jaką miał Enzo, czy strach jaki siał po całym świecie mnie zafascynował... Ale nie podobało mi się to, że tak często wybijał ludzi jak kaczki. Kiedy darłam się na niego, gdy przychodził do mieszkania cały upaćkany krwią krzyczałam zła na niego, ale on totalnie mnie ignorował. Jakbym nic do niego nie mówiła, siedziała na kanapie i tolerowała jego zachowanie i to, że morduje ludzi jak chce i kiedy chce.
O swoich znajomych udało mi się zapomnieć, ale nie o wszystkich. Kat,Revee i Asha pamiętam nadal, nie sposób o nich zapomnieć. Nie wiem co dzieje się z Ashem, gdzie jest i co robi. Martwię się. Enzo nie dostrzega mojego zmartwienia, ale często dopytuje mnie o ... coś, co chce wiedzieć. Nie wiem, o różne rzeczy.
A o nocy spędzonej razem nie rozmawiamy, chociaż Enzo czasem specjalnie robiąc mi na złość zaczyna ten temat, na co ja wychodzę z pokoju lub staram się uderzyć jakimś komentarzem, który go może zamknąć, ale nie. Z tym ostatnim nie umiem go zagiąć, nie da się. Na domiar złego Enzo zaczął mnie trochę pociągać, zresztą jak każdą laskę w zasięgu wzroku. Jeszcze żadna nie minęła go wzrokiem, jednak Enzo wykorzystuje swoje ''atuty'' do wydobycia informacji jeśli dana kobieta czy też dziewczyna jest z Animy. Wtedy on zabija daną kobietę, jeśli wydobędzie dość informacji, co oczywiście nie podoba mi się... o ile ofiara jest zwykłą dziewczyną która wie tylko niewielkie informacje. Kiedy zabija Animę, mogłabym mu szczerze pogratulować i dawać milion medali.
Siedziałam w poczekalni wraz z Enzo. Powiedział mi, że jeden z lekarzy jest jednym z ludzi Animy. Powinien coś wiedzieć o jakiś planach Animy, co teraz robią i co planują, czy nadal chcą mnie zabić. Umówiłam się z tym właśnie lekarzem, Enzo kontroluje sytuacje, nie wiem jak, ale obiecał mi, że nic mi nie będzie.
-Przejmujesz się tym całym Ashem?
-Czytasz mi w myślach?-Parsknęłam śmiechem.-Nie.
-Mhm... Zdążyłem poznać tę minę pełną niezadowolenia z braku czyjejś nieobecności panno Bell i zapewniam, że nawet wyczuwam lekki stres przed spotkaniem z lekarzem który co prawda jest szpiegiem Animy, ale bez obaw, z tym drugim nic ci nie będzie, a ten cały chłopak się znajdzie, kimkolwiek dla ciebie jest.
-Przyjacielem.-Mruknęłam.
-Nie pytałem kim dla ciebie jest. Zupełnie mnie to nie obchodzi, ale jeśli cię skrzywdzi, to sam mu nakopię do tyłka.
-A ja tobie, jeśli mu coś zrobisz. A wiem, że mógłbyś go nawet zabić.
-Mógłbym, z chęcią bym to zrobił.
Pielęgniarka powiedziała, że mogę wejść, a na Enzo spojrzała się pożądliwie. On uśmiechnął się uwodzicielsko.
Weszłam do gabinetu, a w środku był około trzydziestoczteroletni facet w białym kitlu. Poczułam ciarki, stał tak przede mną w ciszy, a potem usiadł przy biurku i spojrzał na mnie. Przez chwilę miałam ochotę zwiać, jemu skamieniała twarz i uśmiechnął się radośnie, ale zauważyłam podejrzane iskierki w oku. Udawałam jednak normalną. Modliłam się, by Enzo był w pogotowiu i coś zdziałał. Dziwiłam się, że żaden z ludzi tutaj pracujących, jeśli jest z Animy, nie zwróciła uwagi na Enzo. Może po prostu wiedzą, co on sprowadzi na szpital, albo po prostu nie wiedzą kto to. Przecież tamta sytuacja z moim wampirzym towarzyszem zdarzyła się tak dawno... 1000 lat temu to jednak nie jest nic takiego.
-Panna Bell?
-Tak.-Kiwnęłam głową.
-Proszę usiąść.
Wykonałam polecenie nerwowo pocierając dłonie o siebie.
Lekarz wstał a ja wbiłam wzrok w jeden punkt. Stanął za mną i nagle złapał mnie za ręce i wykręcił. Doprowadził do biurka i zakleił usta taśmą. Moje ręce skuł kajdanami, a następnie wyprowadził innym wejściem. Chciałam krzyczeć, ale stać mnie było tylko na płacz.
Kazał mi wsiadać do samochodu, ale ja się szarpałam. Miałam szczęście, że był sam, miał większe problemy z wrzuceniem mnie do samochodu. Do jakiegoś dziwnie dużego bagażnika. Rzucałam się, teraz byliśmy na jakimś osobnym parkingu, tylko jedno miejsce do parkowania, jakby to było jego.
-Nareszcie cię mam, Alicjo.-Zaśmiał się.-Nie szarp się.
Rzucił mnie na ścianę i uchylił niewielkie okienko a w środku zobaczyłam lampy, miejsca siedzące, jak w radiowozie. Na nich siedzieli ludzie. Syczeli. Domyśliłam się, że to jednak nie ludzie, tylko wampiry. Trójka siedziała i skręcała się z bólu przed dziwnym światłem. Poczułam swąd spalonej skóry, co mnie obrzydziło. Odwróciłam wzrok. Skopał mnie kilka razy i katował na różne sposoby przez kilka dobrych minut, a ja byłam coraz bardziej wyczerpana, nie miałam sił się ruszać. Wtedy on zaczął pakować mnie do samochodu. Wampiry były przypięte na łańcuchy i nie mogły mnie zabić, ale próbowały. Zapłakana tylko mogłam wydać z siebie niemy krzyk przerażenia i rozpaczy. Moja sina twarz i rany na niej świadczyły o mocnym pobiciu. Rozpłakałam się jak małe dziecko. Obraz jak ciało wampira, czyli nieśmiertelnego człowieka rozpływa się, pali się skóra... po prostu mnie obrzydziło. To wszystko było straszne...
Kiedy zamknął drzwi coś nagle uderzyło mocno w bok auta. Jeszcze dwa razy ktoś dostał, a w samochodzie zostało lekkie wgniecenie. Potem usłyszałam krzyk tego faceta i coś, jakby ... podduszanie go? I dźwięk łamanego karku.
Cisza.
Drzwi otworzyły się, a raczej Enzo wyrwał je z zawiasów wściekły jak nigdy. Wyciągnął mnie z samochodu a tamte wampiry pozabijał. Mruknął pod nosem coś, że to nowonarodzone wampiry. Anima znów coś spieprzyła.
Kiedy zdjął mi z dłoni kajdanki i z twarzy szarą taśmę zaczęłam go bić pięściami i krzyczeć na niego zapłakana.
-Miałeś być! Nie zostawić mnie! Nie dopuścić, by coś mi sie stało!
-Złapało mnie dwóch innych, ale zabiłem ich. Kiedy wparowałem do gabinetu nie było cię. Przeszukałem cały szpital Alicjo.
-NIGDY MNIE NIE ZOSTAWIAJ! NIGDY! NIIIIGDYYYY! ROZUMIESZ?! Nigdy mnie... nie...zostawiaj...!-Rzuciłam mu się w ramiona i płakałam tak przez jakiś czas przerażona do granic możliwości.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz