Siedziałam w tym wielkim roztrzaskanym budynku jak na szpilkach. Francja walczyła teraz z jednym oddziałem, atakując środek Animy. Atakując tam, gdzie było ich najwięcej. Innym udało się uciec. Pięciuset ludzi z Animy uszło z życiem i uciekło. Czyli wojna jeszcze nie dobiegła końca. Jeszcze Anima będzie chciała nam pokazać jak potrafi rozsadzić ludzi i miasto. Na szczęście zombi już padały trupem od tych gazów,strzałów i bomb jakimi Anima i my sami dysponowaliśmy. Wiedziałam na czym wszystko polegało, tylko nie do końca wiedziałam o planach Animy i zabójców. Ludzie pomagali nam jak tylko mogli. Nie byli słabi. Wręcz przeciwnie. Ash,Szron i Cole szkolili wszystkich jak mogli, bo byli jednymi z tych najlepszych. Bronx odwalał robotę wraz z dowódcą Francji. Cała dzisiejsza wojna trwała sześć godzin. Wygraliśmy, ale dużo osób wyszło bardzo rannych. Ja i Revee zajmowaliśmy się rannymi biegając w tą i w tą. Nawet było mi z tym dobrze, mogłam się odstresować i chociaż na chwilę zająć się kimś kto naprawdę potrzebuje pomocy.
Widoki oberwanej twarzy nie obrzydzały mnie. Trochę mnie przerażały. A nawet bardzo. Widoki czegoś takiego nie powinny być dla mnie nowością, ale jednak. Były. Teraz zajmowałam się Justinem, bratem Cole'a. Był młodszy, miał ok. 16 lat. Jednak Cole wyszkolił go na tyle, by dawał sobie radę w walce. Jednak Justina trzymano w niewoli dwa dni. A wojna trwała dobre dwa tygodnie. Tak, przybycie Francji trochę się opóźniło. Jednak... Miałam złe przeczucia. Wojna może powrócić tak szybko, jak to tylko możliwe. Pięćset ludzi Animy nie podda się tak łatwo. Uciekli, bo tak kazał im Greg, ich przywódca oczywiście.
Justin syknął głośno, lekko się poruszając. Zauważyłam, że za dużo nalałam na jego ranę na głowie natuliss, jedno z lekarstw oczyszczających rany. Ta była naprawdę duża i nie wyglądała dobrze, jednak z mojego małego doświadczenia w dziedzinie medycyny wiedziałam, że od tego nie umrze. Justin zachowywał humor do końca, więc nie będę wiedziała kiedy umiera, bo przecież może sobie robić równie dobrze jaja.
-Przepraszam..-Szepnęłam a w tej właśnie chwili głos mi lekko zadrżał.
-Boisz się?-Spytał z lekkim uśmiechem.-Nie wierzę, Alicja Bell się boi. To dopiero.
-Nie rób sobie żartów Justin.-Palnęłam go delikatnie w łeb.
-Nie uszkodzisz mnie jednym leciutkim pacnięciem w głowę.
-Pustą głowę.-Zauważyłam.-Po co celują w pustą skorupę po mózgu, huh?
Zaśmiał się i westchnął.
-Boisz się, nie umiesz tego ukrywać.-Znów na jego twarzy pojawił się uśmiech.
-Tak, masz rację. Wojna i widoki rąk bez reszty ciała mnie rzeczywiście obrzydza. Coś takiego jest naprawdę nieapetyczne.
-Też tak uważam, tylko dziwię się, że ktoś taki jak ty się boi. No wiesz, jak byłaś z nami nie bałaś się.
-Nie, ale teraz sytuacja jest o wiele wiele gorsza niż przedtem.
-Tu też masz rację droga Ali.
Kiedy skończyłam zajmować się Justinem przybyło kilku rannych z oddziału Cole'a. Miałam nadzieję, że mojego ukochanego tam nie zobaczę, tak też było. Najwidoczniej tylko na chwilę mogli wywieźć rannych a Cole innym kazał zostać i czekać, lub po prostu walczyć dalej.
Na noszach zauważyłam Asha. Znieruchomiałam i wpatrywałam się w rannego przyjaciela. Wypuściłam z ręki miskę z wodą a Revee minęła mnie widząc, co się ze mną dzieje. Dobiegła do chłopaków którzy wnosili rannych do pomieszczenia szpitalnego. Kiedy odeszli Revee pstrykała przed moimi oczami palcami co nieco wybudziło mnie z doznanego szoku. Zignorowałam przyjaciółkę i przejrzałam salę rannych na której wylądowała grupa Cole'a. Rozejrzałam się w poszukiwaniu Asha. Musiałam wiedzieć, czy nic mu nie jest.
Kiedy dojrzałam go na końcu sali dobiegłam do niego i przejrzałam. Rana mocno krwawiła, bardzo mocno. Poddenerwowana zaczęłam szukać miski,wody i ręcznika, by umyć ranę a potem czegoś do zdezynfekowania. Rana była okropna, ale i tak działałam szybko. Nie odniósł żadnych poważniejszych ran. To dobrze.
-Ash...-Szepnęłam przemywając ranę.-Tylko nie zostawiaj nas tak...? Proszę, nie zostawiaj.
Dobrze, że spał. Inaczej tak poważna rana bolałaby go niemiłosiernie a jeszcze bardziej kiedy bym przemywała ją i dezynfekowała. Nie zniosłabym widoku swojego przyjaciela jak krzyczy z bólu. Wiem jak to boli, bo raz przeżyłam coś takiego.
-Jak z nim?-Spytał Bronx docierając do mnie.
-Rana się szybko goi.
-To normalne, jest zabójcą.
-Racja.-Wstałam i nadal sie w niego wpatrywałam.
-Jest dla ciebie ważny, co?
-Tak. Jest.
Bronx uniósł brwi znacząco.
-No co? To tylko przyjaciel. Najważniejszy jest dla mnie Cole.
-Wiem,wiem. -Przytaknął.-Siostra Kat jest ciężko ranna. Policzek ma zmasakrowany. Revee ją teraz ogląda. Inne ranne dzieci leżą w tej małej sali. Zaopiekowałabyś się nimi? Revee ma jeszcze dwójkę ludzi do pomocy.
-Oczywiście. A... co z ... Cole'em? W porządku?
-Tak, jest dobrze. Za godzinę kończą to gówno.
-Super.-Uśmiechnął się i odszedł.
Ja poszłam do pokoju. Widok rannych dzieci przeraził mnie. Dwójka nie miała lewej ręki, a trzecie tak jak siostra Kat - policzek zmasakrowany. Postanowiłam, ze powojnie i siostrze Kat i Minie (Dziewczynka) załatwię lekarza. Mogę zapłacić jakoś za wszystko, byle dzieci były zdrowe i były piękne reszte życia, a nie miały zmasakrowane twarze w przyszłości. I by były bez rąk czy nóg. Zrobię wszystko co się da. Teraz tylko spędzę z nimi cudowny czas.
W razie kłopotu z Ashem poinformuje mnie Revee. Na razie wszystko jest jak najbardziej w porządku, oby tak było.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz