sobota, 4 października 2014

Od Alicji

 Ocknęłam się na zimnej podłodze. Była brudna od krwi i strasznie tu śmierdziało. Nie wiem ile byłam nieprzytomna, ale byłam cała posiniaczona. Nic nie mogli mi zrobić, bo mój duch od razu by się uruchomił nie ważne czy był uśpiony czy nie. Zareagowałby. Anima ma to do siebie, że lubi eksperymentować, łączyć ludzi i zombi, tworzyć karykatury, ludzi zmieniać w zombi i szukać antidotum na zombi. My już dawno je wynaleźliśmy, ale Anima uważa, że to bzdura, a nawet kłamstwa.
 Leżałam w pustym pomieszczeniu z jednym oknem. Było dosyć szerokie, nie jak w jakimś więzieniu. Chcieli zobaczyć, czy jestem w stanie uciec?
 Byłam bardzo słaba, nie mogłam na początku ruszać lewą nogą, ale potem bez problemu wstałam. Po chwili ktoś zapukał do metalowych drzwi więziennych (tak wyglądały) i szepnął bym podeszła. Po oczach widziałam, że był to młody chłopak. Nie mogłam uwierzyć, że to Justin, który był bratem Cole'a. Przecież to jego brat. Nie może być w Animie!
-Ali. Podejdź.
-To mi się śni...-Szepnęłam. -Nie istniejesz. To moja podświadomość czy coś... Nie mogę myśleć...
-To przez wyczerpanie i ból głowy. Wiedz, że jestem tu naprawdę.
-Jesteś szpiegiem?-Wycedziłam nie mogąc w to uwierzyć.
-Tak. Ale szpieguje ich, nie was. O was informacje są fałszywe a o Animie Bronx wie to co powinien. Szukają cię.
-Nie... Przekaż im, żeby tego nie robili.
-Dlaczego?
-Widzisz, co tu się wyrabia. Wiesz, że i tak mnie nie odbiją.-Zbliżyłam się do krat w małym okieneczku i dłonie położyłam na drzwiach. Zamknęłam oczy i westchnęłam.
-Zrobią ci dużą krzywdę. Wiem, co oni robią z takimi jak ty. Nie chcesz wiedzieć co.
-Co chcesz zrobić?
-Uwolnię cię kiedy budynek będzie opuszczony wieczorem. Wtedy wszyscy wracają do domu.
-Ale ja chcę teraz.
-Rano, miej więcej o siódmej. Pasuje?
-A ludzie z Animy kiedy wracają do pracy?
-O dziewiątej. Przyjdę tu punktualnie o szóstej czterdzieści. Stąd bardzo blisko masz do domu Bronxa czy Szrona. Cole mieszka trochę dalej. Zależy, jak pobiegniesz.
-Poczekam na ciebie.-Przytaknęłam.

  O dwudziestej przyszedł ten sam facet, który mnie uprowadził. Ja podeszłam pod ścianę i wystraszona patrzyłam na niego. Śledziłam każdy jego ruch. Był widocznie z czegoś zadowolony. Podejrzany wydał mi się jego dziwny uśmiech nie pokazujący dobrych wiadomości dla mnie. Dla wszechświata. Mojego małego wszechświata.
-Gdzie jest Revee?
Nie znaleźli jej... Dziękuję Ci Panie!
-Nie..Nie wiem.-Głos mi wyraźnie zadrżał.-Skąd mam wiedzieć.
-Ona i tak nie jest nam potrzebna.-Zaśmiał się pod nosem i spojrzał na mnie.-Ojciec dziewczyny już dawno nie żyje. Jak jej gosposia czy twoja babcia.
-Nie... Nie! Nie,nie,nie!-Krzyczałam tak głośno, jak nigdy.
Napadłam na niego i waliłam go pięściami jak o wielki mur który musiałam obalić. Niestety. On oczywiście był silniejszy. Wyglądał jak Pudzianowski razem z tą jego niewyobrażalną siłą. Wyczerpana dalej go waliłam pięściami wściekła na cały świat prosząc Boga o życie dla mojej babci,gosposi i pana Ankha. Facet odepchnął mnie a ja uderzyłam mocniej niż mi się mogło wydawać o betonową ścianę. Upadłam na kolana a obcy facet wpadł w śmiech. Kopnął mnie w brzuch i nie przestawał.
-Zostaw... Mnie! Nie dość... ci szmaciarzu?! Zabiłeś moją bab...babcię...! Skończony...
Kolejne kopnięcie.
-Na Boga, gdybym miała trochę siły zakopałabym cię żywcem! Wepchnęła jaja do gardła kolanem gdybym miała jeszcze... siłę...w... wst...wstać!
Nie przestawał, a ja miałam wrażenie, że jego but przeobraża moje flaki w proch. Miałam wrażenie, że wiercił butem w moim brzuchu, moich wnętrznościach...

 Nie wiedziałam ile minęło od tych okropnych męczarni, ale skończyłam z krwawiącą raną na ramieniu którą nikt się nie zajmie. Leżałam na zimnym betonie z myślą, że za pięć minut skonam, lub przyjdzie Justin. Wyciągnie mnie stąd. Moje prośby stały się. Pojawił się znikąd Justin, podniósł mnie i powiedział, że idziemy.
Wstałam ledwo co, kuśtykając i biegnąc za Justinem co chwile oglądając się czy nikt nie idzie. Przerażona, wyczerpana i zalana krwią i strachem podążałam do drzwi wyjściowych. Wydostałam się! Żyję... Chciałam paść na mech,na trawę... Cudowną miękką ziemię, wąchać zapach lasu w którym się znalazłam. Jednak Justin pchnął mnie lekko dalej i mówił, bym dążyła do celu jaki mi wyznaczył kilka godzin temu. Zrobiłam to, biegłam co sił w nogach, a za sobą słyszałam strzały. Biegłam pomiędzy drzewami unikając ledwo pocisków mając nadzieję, że wydostanę się z lasu który z tak pięknego stał się tym najokropniejszym na świecie, tym niebezpiecznym lasem.
 Dobiegłam do jakiś osiedli, a strzały już dwie minuty temu ucichły, jednak nadal pędziłam. Biegłam przed siebie kuśtykając zmęczona i wyczerpana, aż tu nagle ujrzałam Cole'a. Westchnęłam szczęśliwa, że go widzę. Jak zwykle, wyszedł z domu zapalić. Przyśpieszyłam, a raczej miałam takie wrażenie. Wiedziałam, że to tylko mi się zdaje, ale Cole na sto procent tam stał, a ja biegłam naprawdę wolno.
Kiedy mnie zauważył, kiedy krzyczałam trzymając się ręką za krwawiące ramie zjawił się koło mnie błyskawicznie. Papieros leżał gdzieś na boku a on skupił się tylko na mnie. Zamknęłam oczy wyczerpana, a Cole szepnął coś niewyraźnie, a raczej ja nie mogłam odebrać tego co mi powiedział.
-Cole... Cole... C... Col...Cole..-Mamrotałam i przeczesałam dłonią jego gęste włosy. -Cole...
-Jestem tu.-Dotarły do mnie jego słowa.Jego ochrypły głos, zatroskany głos... Mój przyjaciel jest tu. Jestem bezpieczna. Naprawdę... Jestem bezpieczna!
Cole bez trudu złapał mnie i wziął na ręce. Wydawało mi się że jestem dla niego piórkiem. Niósł mnie gdzieś, a teraz usłyszałam jak drzwi zamykają się z trzaskiem. Mój przyjaciel stąpał szybko ale delikatnie, widząc moją ranę syknął i zadzwonił po kogoś. Kiedy skończył rozmawiać z moją przyjaciółką, Kat, której mama jest lekarzem, usiadł koło mnie i złapał mnie za rękę.
-Ali... Jestem tu...
-Cole... Cole...-Szepnęłam. Nic więcej nie mogłam powiedzieć.

 Rano poczułam się lepiej. Antidotum matki Kat było zdecydowanie... hmm... magiczne (?) by wyleczyło moją ranę. Działało tak jak na ugryzienie zombi. Jednak kiedy Cole powiedział mi, że dom Revee stanął w płomieniach, załamałam się jeszcze bardziej na dodatek przypominając sobie, że moja babcia jest martwa. Byłam przyzwyczajona do tego że moja rodzina rozpada się kawałek po kawałku a ja zostanę sama, ale... moja babcia była jedyną osobą która była dla mnie naprawdę wszystkim. Jednak od nikogo nie usłyszałam słów ''bardzo mi przykro'' czy coś takiego. Byłam im za to wdzięczna. Znali mnie na tyle, że wiedzieli, że lepiej o tym nie gadać. Jednak Bronx nadal myśli, że zaginęłam i Anima trzyma mnie u siebie tak jak Szron i reszta moich przyjaciół. Tylko Kat wiedziała co się stało, no i Cole.
 Kat zniknęła rano, kiedy jej matka prosiła ją by poszła do szkoły. To i tak ostatnie dwa tygodnie szkoły a potem przecież wakacje. Kat musi poprawić te oceny. Tu w Ameryce w szkołach jest inaczej... Inne wakacje,ferie i w ogóle.
 Byłam zmuszona spać u Cole'a, bo tak mi kazał. Powiedział, że Bronx na razie ma nie wiedzieć o mojej obecności u niego. Zrobiłby awanturę, oskarżył mnie o lekkomyślność no i opierniczył o zostawienie Revee i niedokładne przemyślanie konsekwencji mojego czynu. Bronx'owi chodzi tylko i wyłącznie o Revee. Teraz to on się nią zapewne opiekuje. Teraz ma do tego pełne prawo, a Revee to się na sto procent podoba.
-Jak się czujesz?-Spytał Cole siedząc na krześle popijając piwo z wielkiego kufla.
-Tak jak codziennie. Jestem tu pięć dni, a ty nie pozwalasz mi wychodzić. Nigdzie. Nawet do Kat.
-Ona sama przychodzi.
Usiadłam przy stole jedząc przygotowane świeże naleśniki przez Cole'a a on zajął miejsce obok.
-Myślisz, że robię to by cię wkurzyć?-Spytał i spojrzał mi w oczy.
Ja mu też.
Doszło do kontaktu wzrokowego i nastąpiło spięcie. Wizja pochłonęła nas bardzo szybko, poczułam jakby ktoś podłączył mnie do krzesła elektrycznego i potraktował niewielką ilością prądu. Tak się poczułam. Inaczej niż zwykle.

 Leżałam pod Cole'em. On nade mną. Całował mnie w usta, a potem zjechał na szyję. Robił to powoli, a ja ciężko oddychałam. Powtarzałam w kółko, że go kocham. Wziął mnie na ręce i zaniósł do pokoju. Jego pokoju. Objęłam go nogami i zmieniłam zwinnie pozycję. Pocałował moją zagojoną ranę postrzałową i przejechał po moim ciele palcem. Przeszły mnie ciarki. Zaczęłam go znów całować, nasze języki znów się złączyły. Było mi naprawdę przyjemnie. Dobrze. Czułam bijące od niego ciepło i cudowny zapach mięty.
-Kocham Cię...-Szepnął.-Nie odchodź. Chcę cię mieć...
-Zostań... Proszę...-Pocałował mnie ale z większą siłą.
Poczułam ten silny prąd, elektryczność lekko trąciła moje ciało a ja zamrugałam gwałtownie.

 Spojrzałam na Cole'a. Nie wiedział co ma powiedzieć, chociaż z kobietami miał styczność miliony razy, a teraz z jedną wizją nie mógł sobie poradzić? Nie wiedział co ma mówić, dlatego też ja nic nie mówiłam. Nasuwały mi się słowa jakie mam mówić, jednak milczałam.
-Kolejna wizja z kolejnym facetem?-Zapytał wreszcie.
-Nie,nie... Jesteś drugi... Ale... to było inne... Dziwne... Przepraszam za tą wizję...
-Nie ma sprawy.-Wzruszył ramionami.
Ramię zabolało mnie gwałtownie, syknęłam najciszej jak potrafiłam, jednak  Cole dziwnie zareagował.
Podniósł się i podszedł do mnie odgarniając nie długie blond włosy z ramienia delikatnie, a mnie przeszył przyjemny dreszcz. Zerknął na mnie, a po chwili powoli przerzucił wzrok na ranę.
-Jest lekko czerwona, ale to od leżenia na tym boku.
-Mhm...-Mruknęłam czując się głupio po wizji.
-Chcesz może się przejść?-Spytał a mnie ogarnęło zaskoczenie, a zarazem wielkie szczęście.
-Naprawdę? Mogę?
-Tak. Musisz wychodzić. W końcu.
-A... Pójdziesz... ze mną?
-Nie ma opcji, być sama szła.
-Super. Znaczy się... OKay... Fajnie.-Uśmiechnęłam się.-Tylko... pójdę się... przebrać. Z tych rzeczy co pozostały na pewno da się coś wygrzebać.
Ubrałam czarne trampki,bordową sukienkę i czarny żakiet. Wyglądałam  okay. Jedynie moja twarz nie pasowała do ubioru. Chodzi mi o to, że na twarzy malował się smutek i rozpacz z ostatnich dni. Lekko się pomalowałam, i mogło wyglądać dobrze. Wyszłam z łazienki.
-Ślicznie wyglądasz.-Wypalił.-Idziemy?-Powiedział szybko.
-Tak...
Czułam jak się rumienię.
Ten dzień musiał być lepszy. Obiecałam to sobie. No i Cole'owi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

>