piątek, 10 października 2014

Od Asha

Jechałem szybko. Rozpoczęło sie. Musiałem szybko dojechać do domu Ady. Kiedy dojechałem doznałem szoku. Samochód jej rodziców stał na podjeździe. Jej tata biegł do samochodu z walizkami a jej mama z psem na rękach.
Zatrzymałem samochód i wybiegłem z niego.
-Gdzie Ada?!-krzyknąłem.
-W domu! Ash.. gdzie twoi rodzice? 
-Wyjechali.. wraz z dzieciakami. Wszystko dobrze u was?
-Jedź z nami!-załkała mama Ady.
-Nie mogę...
-Ash!!!-usłyszałem załamany krzyk Ady. 
Wybiegła z domu i wbiegła mi prosto w ramiona. 
-Ash.. jedź z nami.. boje sie..-łkała. 
-Kocham cię..-powiedziałem i pocałowałem ją. 
Nagle.. moja intuicja zwariowała.
-Jedźcie!!!-krzyknąłem.
Nie wiedzieli o co chodzi. Kazałem im wsiadać do ich samochodu. Rodzice Ady już siedzieli jednak ona kurczowo sie mnie trzymała. 
-Nigdzie bez ciebie nie pojadę! Nigdzie! 
-Kochanie jedź! Zobaczymy sie jeszcze..
Wsadziłem ją prawie siłą do środka i kazałem jej tacie odjechać szybko. 
Stałem na ulicy i wpatrywałem sie w samochód który odjeżdża z dziewczyną mojego życia. 
Nagle dom wybuchł....

Obudziłem się. Co noc od 3 tygodni śnił mi sie ten sen. Pożegnanie z Adą. Nie widziałem jej już 3 tygodnie. Wyjechała z rodzicami. Nadal miałem ten obraz przed oczami. Moje ciało pokrywało miliony malutkich blizn.. po wybuchu.. Stałem wtedy bardzo blisko domu Ady... kiedy wybuchł. Obudziłem sie dopiero w schronie zabójców. Ktoś mnie znalazł... byłem nieprzytomny parę godzin.. Na początku myśleli że nie żyje. Nie... muszę żyć. Obiecałem Adzie że się jeszcze spotkamy. I miałem taka nadzieje. Miałem nadzieje że jest bezpieczna... Kiedy dziś zobaczyłem zrozpaczoną Ali... uświadomiłem sobie że jeśli zginę Ada... sie załamie... Nie przeżyje tego.. już raz chciała sie przeze mnie zabić. Nie dopuszczę do drugiego razu.
-Ash! Idziesz wraz z drugim składem w teren..
Tak też zrobiłem. Przebrałem się i wziąłem broń. Zombi to nic poważnego jeśli chodzi o Anime. Z tymi drugimi to była zabawa. Oni sie nie cackali tylko likwidowali wszystko co im przeszkadzało.
Wyszliśmy z bazy. Widok.. widziałem go już wiele razy w ciągu tych 3 tygodni.. ale nie mogłem sie do niego przyzwyczaić. Zrujnowane miasto...
Dwa kilometry dalej rozpętało sie piekło .Zaatakowano nas. Granaty wybuchały... huk za hukiem.. strzał za strzałem..



Walczyłem... zaciekle broniłem życia nie tylko swojego. Walczyłem by wreszcie doszło do zagłady Anime. By wreszcie przestali zabijać niewinnych. Strzał.. jeden z naszych oberwał. Chciałem mu uratować życie i zasłonić by Anime go nie zastrzeliło. Strzelając powoli podchodziłem do niego. Drugi kolega osłaniał mnie. Podniosłem rannego i ostrożnie zaprowadziłem go w bezpieczne miejsce.
-Umieram?-zapytał dławiąc sie krwią.
-Jeszcze nie teraz. Nie pod moja wartą.
Zacząłem mu opatrzac jak tylko dało radę ranę. Rana w brzuchu była paskudna. Jednak zrobiłem tak ze przestała krwawić. Musiałem iść pomóc kolegą. Wybiegłem strzelając. Anime chowało sie po ruinach budynków. My także jakoś dawaliśmy radę. Dym zasłaniał prawie wszystko aż prawie nie było widoczności. Udało mi sie zastrzelić jednego Anime... kiedy to zrobiłem strzelałem dalej. Rzuciłem granat w ruiny gdzie byli nasi wrogowie. Kiedy już miałem strzelać dalej.. nagle oberwałem..



Dostałem w ramię blisko serca. Upadłem i straciłem przytomność....

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

>